środa, 25 grudnia 2013

13, szczeniackie zachowanie mi nie imponuje.

*Justin*
Wkroczyłem na boisko zdecydowanym krokiem. Chad podbiegł za mną i chciał się przywitać.
-Wypierdalaj!- krzyknąłem do niego przedzierając się przez kilka osób stojących między nami. Chad nie dał za wygraną i podszedł do mnie.
-Stary, co jest grane?- zapytał kiedy usiadłem na najbardziej oddalonej ławce. Wyciągnąłem paczkę papierosów i odpaliłem jednego mimo, że w samochodzie wypaliłem już trzy. Byłem tak zdenerwowany, że nie panowałem nad sobą. Kopałem w metalowe oparcie ławki tak mocno, że bałem się, że sobie coś złamię.
-Kurwa, powiedz co się stało!- wydarł się na mnie przyjaciel jeszcze bardziej zwracając na nas uwagę pozostałych graczy.
-Jestem takim kretynem. Miałem się nie wtrącać, miałem być ponad to, ale nie mogłem się powstrzymać, kiedy ją zobaczyłem. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji.
-Rozmawiałeś z nią?- zapytał zakładając bluzę, bo zrobiło się chłodno.
-Podwiozłem ją do domu. Kurwa, jestem beznadziejny- powiedziałem zaciągając się mocno.  Musze przestać, muszę przestać, muszę przestać. Ona mnie nie chcę,  ma tego frajera.
Zdjąłem koszulkę i łapiąc piłkę do kosza chciałem wypocić z siebie całą frustrację i złość. Grałem wymijając pozostałych i zbierając punkty jeden za drugim. Brad zarządził przerwę po półgodzinnej grze. Złapałem butelkę z wodą i upiłem duży łyk, a resztę wylałem na włosy chłodząc się.
-Zależy Ci na niej?- zapytał Chad chwytając butelkę.
-Jak cholera. Myślałem, że jest inna. Była, jest wyjątkowa, taka inna od wszystkich. A ona zrobiła mnie w konia i spotyka się z Cooperem.
-Jay, może to nie jest tak jak myślisz. Może dla niej to było zbyt szybko, przestraszyła się. Spróbuj postawić się w jej sytuacji- zaproponował, kiedy Trish szła w nasza stronę. Może ma rację? Ale co ja teraz mam robić?
-Spróbuj się z nią zaprzyjaźnić. Może wyniknie z tego coś więcej- powiedział odpowiadając na zadane sobie w myślach pytanie.
-Stary, wracam do domu- powiedziałem żegnając się ze wszystkimi, kiedy zaczął obściskiwać się z Trish. Nie mogłem na to patrzeć.

Leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit od godziny. Z laptopa puściłem płytę Chrisa Browna i przemyślałem parę spraw. Postanowiłem nie robić  z siebie ofiary losu, bo Kate na pewno na to nie poleci. Jeżeli ona chce być z Cooperem, proszę bardzo, nie będę się mieszać w ich „fantastyczny” związek.
Jest piątek, trzeba się zabawić, ale dzisiaj zupełnie nie mam ochoty na imprezę. Co by było gdybym napisał do Kate? Wiem, że to zaprzeczyłoby temu, co sobie postanowiłem, ale jebać postanowienia. Żyję spontanicznie, tylko co napisać?
Nagle poczułem wibracje w kieszeni moich spodenek od kosza.
Przepraszam” od Księżniczki.
Bóg jednak istnieje! Teraz nie muszę szukać pretekstu do napisania jej smsa.
Za co mnie przepraszasz?
Nie powinnam wsiadać do Twojego samochodu i przypominać Tobie i sobie wszystkiego. Jeżeli nasza znajomość jest dla Ciebie niekomfortowa, możemy ją zakończyć. I tak już prawie nie istnieje” przeczytałem odpalając papierosa i z wrażenia zakrztusiłem się dymem. Ona chce zakończyć naszą znajomość? To nie tak miało być.
Możemy się jutro spotkać? Jak przyjaciele” zapytałem mając nadzieję, że się zgodzi.
Okej”. Więc jutro muszę zdobyć jej przyjaźń. Później rozprawie się z jej jakże wspaniałym chłopakiem.

*Kate*
-Cześć- powiedziałam niepewnie, wsiadając do srebrnego porsche. Wczoraj długo myślałam nad tym, czy dobrze zrobiłam zgadzając się na to spotkanie. Mimo wszystko mam chłopaka, a Justin wygląda jak wyjęty z okładki magazynu „Fashion”. Obawiam się, że gdy Eric się dowie, zrobi mi straszną awanturę. Ale trudno, jakoś to przeżyję.
-Cześć- odpowiedział Justin przekręcając kluczyk w stacyjce. Poprawiłam swoją białą koszulkę i spodenki i zapięłam pasy.
-Gdzie jedziemy?- zapytałam pisząc smsa do Alice. Wczoraj przez facebooka opowiedziałam jej rozmowę  z Justinem, a ona kazała mi smsowo pisać jej sprawozdania. Jakoś nie wierzę, żeby to wypaliło. Nie wyobrażam sobie, żebym przez cały czas pilnowała telefonu.
-Na plaże. Pewnie nie próbowałaś najlepszych lodów po tej części Los Angeles- powiedział odpalając papierosa.
-Pewnie nie, ale co mi po tym, skoro przez Ciebie dostanę raka. Wiesz co to jest bierne palenie?
-Tak, wiem. Ale jest jeden pozytyw- powiedział zakładając okulary przeciwsłoneczne, przez co wyglądał jak gwiazda. Tylko ten papieros nie pasował.
-No jaki?- zapytałam zakładając swoje okulary.
-Przynajmniej będziesz miała jakieś zwierzątko- powiedział uśmiechając się do mnie szeroko, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów.
-To nie jest śmieszne, Justin- powiedziałam przybierając surową minę.
Zaparkowaliśmy na parkingu długo szukając miejsca. Jest sobota popołudniu, więc masa ludzi wygrzewa się teraz na słońcu, albo surfuje. Torebkę zostawiłam w samochodzie, nie będzie mi potrzebna, ale Justin zabrał ze sobą czarnego snapa z napisem „SUPRA”. Bardzo rzadko chodzi bez czapki na głowie, więc nie powinno mnie to dziwić.
Szliśmy po brzegu oceanu, a słońce przyjemnie ogrzewało nas swoimi promieniami.
-Daleko jeszcze? Bolą mnie  nogi- powiedziałam zmęczona, bo od rana jestem na nogach. Musiałam w ciągu przedpołudnia wypełnić wszystkie swoje obowiązki domowe.
-Mogę wziąć Cię  na barana- zaproponował Justin brudząc swoje czarne vansy mokrym piaskiem.
-Nie dasz rady- powiedziałam, a on się zatrzymał i sprawnie przeniósł mnie na swoje plecy, a ja uczepiłam się go jak mała, przerażona małpka.  Justin zaczął biec tak szybko brzegu, że woda chlapała prosto na mnie. Zaczęłam piszczeć i śmiać się naraz. Przytuliłam się do jego pleców, a on mocno trzymał mnie za mocno owinięte wokół niego biodra.
-Puść mnie! Zaraz się przewrócimy!- krzyczałam do jego karku, ale on nie zwolnił. Bieber śmiał się jeszcze głośniej niż ja i nie wydawał się ani trochę zmęczony. Pomimo palenia papierosów miał świetną kondycję.
-Shawty, nie martw się, nic Ci się nie stanie- powiedział przez śmiech.
Kilka osób spoglądało na nas zdziwieni znad okularów przeciwsłonecznych, ale zupełnie się tym nie przejęłam.
Wiatr zwiał z głowy Justina czapkę, więc zeszłam, żeby ją podniósł. Dziwnie się czułam idąc, ale po chwili Justin  otworzył przede mną drzwi do lodziarni i gdy usiedliśmy przy stoliku, podszedł do nas chłopak z notesem w ręku. Miała około 20 lat i przyjemną twarz, a blond włosy opadały mu na czoło. Z miejsca go polubiłam. Przywitał się z Bieberem, najwyraźniej dobrze się znali.
-Cześć, Jay. Nowa dziewczyna?- zapytał wskazując na mnie brodą. Czułam, że na moje policzki wstępują rumieńce. Poznałam po minie mojego kolegi, że jest tak samo zawstydzony jak ja.
-Przyjaciółka. Co zamawiasz, Kate?- zapytał podając mi kartę.
Zdecydowałam się na czekoladowe lody, a Justin wybrał truskawkowe. Chris, bo tak miał na imię kelner, zapisał zamówienie i po chwili delektowaliśmy się chłodnym deserem.
-Cooper pozwolił Ci przyjść?- zapytał Justin nie spuszczając ze mnie wzroku.
-Ma na imię Eric i nic o tym nie wie. Dlaczego każdy mówi na Ciebie Jay?
-Nawet nie wiem kto to wymyślił.
-Jay- powiedziałam jedząc lody. Justin miał rację, bez wątpienia były świetne.
-Nigdy nie jadłem czekoladowych. Mogę spróbować?- zapytał pochylając się nad stolikiem.
-Pod warunkiem, że mogę spróbować Twoich. Chcę sprawdzić czy są tak samo dobre jak moje-  powiedziałam kierując łyżkę z lodami w kierunku jego ust. Zrobił to samo zakładając czapkę tył na przód. Nagle zaczął się śmiać, a ja siedziałam nie wiedząc co jest tego powodem. Poczułam, że czerwienie się jak burak.
-Co Cię tak śmieszy?- zapytałam zdezorientowana.
-Masz różowe wąsy. Mogę zrobić Ci zdjęcie?
-Skoro chcesz.
Justin wyciągnął swojego iPhone’a, a ja się uśmiechnęłam, ale i tak wiedziałam, że wyszłam fatalnie. Jak zawsze.
-Tylko błagam, nie udostępniaj tego nigdzie- poprosiłam go zakładając kosmyk włosów za ucho.
-Będę szantażować Cię tym zdjęciem- zaśmiał się i wpakował sobie łyżkę moich lodów do ust. Miał idealne usta.

Justin zapłacił za nasz deser i ruszyliśmy na ławkę w mniej zatłoczonym miejscu plaży. Mimo tego, że godziny mijały, było tak samo gorąco. Bieber zdjął koszulkę, a ja nie mogłam skupić się przez jego umięśnioną klatkę piersiową. Masz chłopaka, Kate powtarzałam sobie w myślach, ale od początku mojego spotkania z Bieberem, Eric spadł na dalszy plan.
-Gapisz się- powiedział Justin obserwując mnie kątem oka.
-Wcale nie- skłamałam krzyżując ramiona.
Justin odwrócił się w moją stronę i nasze twarze dzieliło już tylko kilka centymetrów.
-Teraz powiedz, że nie działa na Ciebie widok mnie bez koszulki- powiedział seksownie ochrypniętym głosem.
Patrzyłam mu głęboko w oczy i byłam niemal pewna, że za chwilę dojdzie do czegoś, czego będę żałować, ale przeszkodziła nam jego komórka, która uporczywie wibrowało w kieszeni jego spodni. Bieber wyciągnął telefon i patrząc kto dzwoni, odebrał.
-Kurwa, co?- powiedział zdenerwowany do telefonu. Usłyszałam męski głos, na co odetchnęłam z ulgą. Justin wymienił z nim kilka zdań, po czym się rozłączył i odpalił papierosa.
-Kto to?- zapytałam ciekawa.
-Chad nie ma życia i codziennie chce grać w kosza- powiedział zaciągając się.
-I dlatego musisz palić?
-Zauważ, że ni zapaliłem od kiedy po Ciebie przyjechałem. Należy  mi się jakaś pochwała- rzekł Justin uśmiechając się jak to miał w zwyczaju. Kiedy rozmawiał przez telefon zdążyłam zabrać mu czapkę, ale dopiero teraz ją założyłam.
-Ładnie Ci w niej- zauważył przydeptując niedopałka butem.
-Bo ona jest ładna. Podoba mi się.
-Możesz ją zatrzymać, jeśli chcesz, powiedział nerwowo drapiąc się po karku i wbił wzrok w ziemię.
Podziękowałam mu za ten prezent i mocno przytuliłam, a on trochę zaskoczony przytulił mnie równo mocno.

-Nie oddam jej! Chyba oszalałeś!- wydarłam się na Erica następnego dnia, kiedy dowiedział się o moim spotkaniu z Justinem i o jego czapce w moim pokoju. Nie wiem jakim cudem, ale pewnie ktoś nas widział i mu doniósł. Stałam teraz na środku mojego pokoju i ściskałam prezent z całych sił, żeby mi go nie odebrał.
-Jakbyś się czuła, jakbym nosił bransoletkę od jakiejś dziewczyny? Jesteśmy razem, więc oddaj mu tą cholerną czapkę!- krzyknął na cały głos, mimo tego, że rodzice siedzieli na dole. Nie chciałam robić żadnych scen i awantur, ale on nie rozumiał, że to jest tylko prezent.
-Gdybyś dostał ją od przyjaciółki, nie robiłabym niepotrzebnych kłótni. Przestań być takim zazdrosnym dupkiem!
-Serio? Od kiedy przyjaźnisz się z Bieberem? Chyba mam powody do zazdrości, bo on Cię perfidnie podrywa.
-Chyba sobie żartujesz- powiedziałam śmiejąc się nerwowo i zakładając niesforny kosmyk brązowych włosów za ucho. Pewnie za chwilę posądzi mnie o zdradę.
-Wiesz co, rób co chcesz.
Odszedł trzaskając drzwiami. W moich oczach pojawiły się łzy i szlochałam w poduszkę do czasu, gdy do pokoju zapukała mama. Weszła niepewnie, kiedy wycierałam mokre od łez policzki.
-Kate, co się stało?- zapytała siadając na łóżku.
-Pokłóciłam się z Ericiem.
-Słyszałam. Wszyscy słyszeliśmy. Co to za czapka?- wzięła ją do rąk i dokładnie obejrzała.
-Jezu, mamo. Nieważne, nie chcę o tym gadać- powiedziałam opadając na łóżko gotowa dalej płakać.
-Jeżeli nie chcesz, nie naciskam. Pamiętaj Kocha nie, to, co mówi Twoje serce jest najważniejsze- dodała i wyszła.
Moja mama potrafi czasem rzucać coś jak Ci pijani mistrzowie w japońskich filmach karate. Coś w stylu Szukaj niebiańskiej tęczy Twojej duszy. Serio? I jak ja mam to rozszyfrować? Wszystko jest takie skomplikowane.

Po kilku bardzo ciężkich dniach pogodziłam się z Ericiem.  Jest moim chłopakiem i to normalne, że mi na  nim zależy. Sprawę z czapką puściłam w niepamięć, ale Eric nie zapomniał.
-To wszystko wina tego Biebera- powtarzał  ciągle. Myślałam, że sobie odpuści, ale niestety źle myślałam.
Pewnego dnia szliśmy po lekcjach na parking. Justin opierał się o maskę swojego porsche, a Ericowi puściły nerwy. Podszedł do niego szybkim i zdecydowanym krokiem, a ja pobiegłam za nim.
-Jeszcze raz odezwiesz się, spojrzysz na  moją dziewczynę, a pożałujesz- zwrócił się do Justina z błyskiem w oku.
-Co taki frajer jak Ty może mi zrobić?- zapytał Bieber uśmiechając się szyderczo.
Eric nie wytrzymał i wymierzył mu potężny cios w szczękę. Justin zatoczył się, ale w ciągu sekundy oddał mu potężny cios w nos, z którego od razu popłynęła strużka krwi. Wokół nich pojawiła się grupka gapiów dopingujących mojego chłopaka, albo Biebera. Eric zamachnął się, ale on wykręcił mu rękę i powalił go na maskę jakiegoś samochodu. Widząc, że robi się coraz gorzej złapałam Biebera za koszulkę wrzeszcząc, żeby go zostawił. Nie odpowiadał, tylko bił jeszcze mocniej, a Eric wierzgając nogami próbował się bronić. W końcu pojawił się Chad i odciągnął swojego kolegę, który pozostał bez szwanku, a mój chłopak miał najprawdopodobniej złamany nos.  Justin zdążył się jeszcze zaśmiać gorzko i krzyknąć:
-Tak się dzieje jak podskakujesz, Cooper.
Podbiegłam do obolałego Erica, który jednak nie dał po sobie poznać, że coś mu się stało. Niestety strużka krwi płynąca z jego nosa tego nie potwierdzała.
-Boże, Eric, nic Ci nie jest?- zapytałam kiedy poprawiał koszulkę.
-Skarbie, o nic się nie martw. Warto było walczyć o Twoje serce- powiedział uśmiechając się, lecz po chwili jego uśmiech zastąpił grymas bólu.
-Nie walczyliście o moje serce, tylko o jakieś głupoty. Nigdy więcej tak nie rób, rozumiesz?
Eric wytarł wierzchem dłoni krew, kiedy reszta gapiów odeszła mając co opowiadać jutro w szkole. Podeszliśmy do jego samochodu po apteczkę.
Nie wiem na kogo była bardziej zła, na niego czy na Justina. Zdecydowanie Bieber tak okładać pięściami mojego chłopaka, a on nie musiał w ogóle rozpoczynać tej bójki. Szczeniackie zachowanie mi nie imponuje.
-Wsiadaj, muszę Cię odwieźć- powiedział otwierając drzwi do jego Land Rovera.

sobota, 21 grudnia 2013

12, to nie tak

*Justin*
-Do jutra, Księżniczko- powiedziałem patrząc na zdziwiona Kate. Przecież ją pocałowałem. Niby nic wielkiego, mały całus, ale wiedziałem, że ta dziewczyna zmieni moje życie diametralnie.
-Do jutra- powiedziała, wychodząc z samochodu. Stałem jeszcze pod jej domem i czekałem, kiedy przekroczy próg swojego domu,  żeby odpalić papierosa. Mocno się zaciągnąłem i ruszyłem na moją ulicę.
Mimo tego, że mając 19 lat miałem już wiele dziewczyn, to pierwszy raz poczułem motyle w brzuchu. Myślałem, że takie zjawiska pojawiają się tylko w wyobrażeniach dziewczyn, ale Justin Bieber właśnie się zakochuje. Muszę wypchnąć to z mojej głowy. Co jeżeli ona nie czuje tego co ja? Oczywiście nie będę płakał, ale… Nie wiem, nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Alexa sama pchała mi się w ramiona, a  z Kate jest inaczej. Teraz to ja muszę się postarać.
Wszedłem do domu i od razu pokierowałem się w stronę mojego pokoju, kiedy drogę zagrodziła mi moja mama.
-Co jest grane?- zapytałem słysząc w oddali mecz koszykówki. Czyli ojciec jest w domu, zajebiście.
-Twoja dziewczyna tutaj była. Dzwoniłam do Ciebie dziesięć razy. Gdzie Ty trzymasz telefon?- zapytała Pattie.
-Moja dziewczyna?- od razu pomyślałem o Kate, ale to niemożliwe. Po pierwsze, dopiero dowiozłem ją do domu. Po drugie, jeszcze nie jest moją dziewczyną. Jeszcze.
-Alexa- powiedziała opierając ręce na biodrach.
-Jezu, dajcie mi wszyscy spokój. Trzeba było powiedzieć, żeby spierdalała.
-Posłuchaj, załatw swoje sprawy. Nie pozwolę, żeby jakaś dziewczyna przez Ciebie płakała. Nie jesteś jakimś łamaczem serc.
-Tak, tak. Przepuścisz mnie?
Mama niechętnie odpuściła i poszła  do salonu. Było już późno, więc przebrałem się i gapiąc się w sufit w końcu zasnąłem.
W szkole zaczepiła mnie Alexa. Rozniosło się (głównie za sprawą uradowanego Chada), że dałem jej jasno do zrozumienia, że nie ma na co liczyć. Upokorzona powiedziała mi, że jestem skurwielem bez serca, ale zupełnie się tym nie przejąłem.

-Cześć, Księżniczko- powiedziałem siadając obok niej na matematyce. Była pogrążona w myślach i dopiero po chwili odpowiedziała:
-Hej, Justin.
Wpatrywałem się w nią z mieszanką zachwytu i niedowierzania. Była piękna. Każda jej część była doskonała. Od brązowych włosów opadających kaskadą na plecy i zasłaniające teraz jej profil, przez delikatnie zarysowaną talię, po nogi ukryte w odrobinę zbyt luźnych jeansach.
-Dlaczego tak na mnie patrzysz?- zapytała krzywiąc się.
-Jesteś piękna- powiedziałem odrobinę łamiącym głosem mierzwiąc przy tym włosy.
Nic nie odpowiedziała, tylko zwróciła wzrok w drugą stronę. Tego się obawiałem.
-Coś nie tak?- zapytałem mówiąc do jej orzechowych włosów.
Odwróciła się do mnie gwałtownie.
-Nie będę Twoją dziewczyną na pocieszenie.
-Chodzi Ci o to, że Cię wczoraj pocałowałem?- zapytałem głośno zdając sobie sprawę z tego, że każdy słucha nas z zaciekawieniem.
-Tak, o to. Alexa mnie chyba rozszarpie.
-Nie przejmuj się nią shawty. Nauczyciel wkroczył do klasy, więc Kate zajęła się lekcją. Cholera, co teraz?

*Kate*
-Cześć, mamo!- krzyknęłam wchodząc do domu po godzinach spędzonych w szkole.
-Nie drzyj się, nie ma jej. Poszła na spotkanie w sprawie pracy- powiedział Matt pijąc sok w kuchni.
Spojrzałam na wyświetlacz iPhone’a. „Nic nie rozumiem” od Justina. Nie zamierzałam mu odpisywać. Nie będę dla niego łatwą zdobyczą, o nie. Wczoraj uświadomiłam sobie, że to wszystko potoczyło się zbyt szybko i na pewno nie jest szczere. Wolałam odsunąą się teraz, niż płakać później w poduszkę.

2 miesiące później
-Nie mogę Cie odwieźć, mam trening. Przepraszam- powiedział Eric całując mnie w czoło.
-Nie ma sprawy, jakoś sobie poradzę. Do jutra- powiedziałam to i odprowadziłam go wzrokiem na ostatnią lekcję.
Weszłam do laboratorium chemicznego i zajęłam swoje zwykłe miejsce obok Alice. Czekała już na mnie z ogromnym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
-Co jest?- zapytałam wyciągając podręcznik.
-Mamy dzisiaj rocznicę- powiedziała Alice ciesząc się jak małe dziecko. Nie do wiary jak ten miesiąc szybko zleciał. Cieszyłam się ich szczęściem, bo fajna z nich para.
-I co robicie?
-Jack zabiera mnie na jakąś super romantyczną kolację. A jak tam z Ericiem?
- Jesteśmy ze sobą dopiero 2 tygodnie. Jest świetnie, ale to początek. A tak w ogóle podwieziesz mnie do domu? On ma trening.
-Przepraszam, ja odpadam.
-Okej, przejdę się.

Szłam chodnikiem ze szkoły, kiedy nagle obok mnie zatrzymało się srebrne porsche. Z głośników dudniła hiphopowa piosenka. Szyba od strony pasażera zsunęła się i moim oczom ukazał się ktoś, z kim od dawna nie rozmawiałam.
Po tym jak Justin pocałował mnie na początku roku, zerwałam z nim jakiekolwiek kontakty. Nie chciałam być kolejną dziewczyną, którą odhaczyłby w swoim zbiorze. On jakby w ogóle się tym nie przejął, a ja za sprawą mojego nowego chłopaka zrobiłam to samo i przestałam się nim w ogóle interesować.
-Podwieźć Cię?- zapytał ochrypniętym głosem poprawiając okulary przeciwsłoneczne opadające mu na nos.
-Nie, dzięki. Poradzę sobie.
-Wskakuj, i tak mam po drodze- zaproponował otwierając mi drzwi. W końcu usiadłam bojąc się tego, co mnie czeka w drodze do domu.
Justin wyłączył głośną muzykę i teraz wsłuchiwałam się w ryk jego samochodu próbując nie obserwować go kątem oka. Siedziałam mocno ściskając torbę. Zachowywałam się tak, jakby obok mnie siedział seryjny morderca wiozący mnie na koniec świata.
-Dlaczego tak bardzo się denerwujesz?- zapytał zatrzymując się na czerwonym świetle.
-Bo pędzisz jak wariat-  skłamałam. Tak naprawdę jechał szybko, ale nie tak, że mógłby nas zabić, ale co miałam mu odpowiedzieć.
Bieber przewrócił oczami odpalając papierosa. Podczas naszej „randki” na początku roku szkolnego zapytałam go dlaczego pali. Odpowiedział mi, że musi poczuć ten specyficzny dym w płucach, gdy jest zdenerwowany. Postanowiłam wykorzystać tą wiedzę.
-Dlaczego jesteś zdenerwowany?
-Bo jadę z Tobą- odpowiedział wypuszczając dym ustami.
-To dlaczego mnie podwozisz? Zatrzymaj się, wysiądę- powiedziałam odpinając pas bezpieczeństwa, ale powstrzymał mnie dłońmi.
-Uspokój się. Wyobraź sobie, że nie rozmawiasz z chłopakiem, na którym Ci zależało, ale teraz on ma Cię w dupie i spotyka się z dziewczyną, której Ty momentalnie nienawidzisz. Wy pewnie z takich sytuacjach płaczecie, a ja palę papierosy.
Zatkało mnie.
-Przepraszam- nawet nie wiedziałam za co go przepraszam, ale było mi bardzo głupio.
-Nie będę robić z siebie jakiejś sieroty- powiedział parkując pod moim domem.
-Dzięki za podwózkę.
Wyszłam z samochodu mając nadzieję, że nie wrócę tam i nie przytulę go mocno. Codziennie, od dwóch miesięcy starałam się nie myśleć o Bieberze. Justin chyba też, bo przeniósł się na rozszerzoną matematykę. Spotykam się z Ericiem, jestem szczęśliwa, więc dlaczego mam wrażenie, że zrobiłam coś nie tak? To nie tak miało być.

wtorek, 17 grudnia 2013

pierwszy pocałunek

*Kate*
Usiadłam w środku srebrnego porsche rozkoszując się miękką skórą pode mną. Justin przekręcił kluczyk w stacyjce, a auto zawarczało jak dziki kot. Wyjeżdżając ze szkoły mijaliśmy zdziwione spojrzenia innych uczniów. ''Co ta nowa robi u Biebera w samochodzie?" Właśnie, co ja tutaj robię?
-Więc...- zaczął Justin
-Więc...
-Gdzie mieszkasz?- zapytał, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że nie powiedziałam mu w którą stronę ma jechać. Od razu podałam mu adres.
-Spokojna dzielnica. To nie dla mnie- powiedział puszczając w odtwarzaczu hip-hopowy kawałek.
-Big Sean?
-Drake, o boże. Jak możesz ich mylić?
-Nie wiem, jestem tylko dziewczyną jakbyś nie zauważył- rzuciłam krzywiąc się.
-Zauważyłem- powiedział Justin taksując mnie wzrokiem od dołu do góry.
Przewróciłam oczami, a on tylko się roześmiał. Otworzył okno i odpalił papierosa perfekcyjnie manewrując kierownicą.
Po kilku minutach zatrzymaliśmy się pod moim domem. Justin wyłączył silnik i obrócił się do mnie twarzą. Zrobiłam to samo i siedzieliśmy tak patrząc sobie w oczy. W pewnym momencie nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.
-Zabawna jesteś, shawty- powiedział uśmiechając się.
-Um, dzięki- powiedziałam zabierając torbę.
-Do zobaczenia- powiedział Justin przekręcając kluczyk.
Wkroczyłam do domu patrząc jak Matt całuje się z jakąś blond dziewczyną w korytarzu.
-Błagam, litości- powiedziałam idąc do mojego małego królestwa. Przecież jestem Księżniczką.

*Justin*
-Cześć, Justin- powiedział Jackson, kiedy przekroczyłem próg domu.
-Cześć, bracie. Nie ma mamy?
-Jest w łazience.
Przechodząc przez mały korytarz potargałem Jacksona po włosach, na co zaczął się śmiać. Powinienem posprzątać pokój, ale zupełnie się tym nie przejąłem.
Wziąłem prysznic, ubrałem się w szare jeansy, białą podkoszulkę i ruszyłem do kuchni. Wyciągnąłem z szafki płatki, zalałem je jogurtem i zacząłem jeść. Nagle poczułem wibracje w kieszeni. Spojrzałem na wyświetlacz mojego iPhone'a i dostrzegłem wiadomość od Alexy.
"Cześć, Kochanie. Odwiedzisz mnie dziś? <3". Boże, ta dziewczyna jest męcząca. Mimo tego, że nie jestem z Kate, źle się czuje grając na dwa fronty. Muszę to zakończyć, ale jeśli z Księżniczką mi nie wyjdzie?
"Nie jestem Twoim Kochaniem. Nie spotkamy się ani dzisiaj, ani jutro, ani nigdy. Życzę Ci szczęścia, Alexa".
Gdybym był nią, strzeliłbym mi w twarz. Skurwiel ze mnie, ale lepiej, żeby uświadomiła sobie teraz, że nic z tego nie będzie, niż żeby zobaczyła mnie z Kate.
Mój telefon zaczął znów wibrować i zobaczyłem, że dzwoni do mnie Alexa.
-Halo?- powiedziałem niepewnie.
-Ty kretynie. Myślisz, że będziesz mną tak sobie pomiatał? Nie jestem dziewczyną na raz. Nie myśl sobie, że Ci odpuszczę, Justin.
-O co Ci chodzi?
-O to, że zrywasz ze mną przez smsa!- pisnęła mi do telefonu.|
-Alexa, my nie byliśmy nawet razem. Cześć- powiedziałem i rozłączyłem się. Nie wiem co sobie wyobrażała, ale koniec ze złudzeniami.
Dokończyłem jeść płatki, kiedy mama weszła do kuchni. Jackson usiadł na przeciwko mnie przy stole i zaczął robić do mnie głupie miny. Odpowiedziałem mu tym samy, ale nie wytrzymałem i zacząłem się niekontrolowanie śmiać.
-Co Cię tak śmieszy, Justin?- zapytała mama zmywająć naczynia.
-Jackson  jest głupi- powiedziałem pokazując bratu język.
-Sam jesteś gupi. Ja jestem już dorosły, a Ty chodzisz do przedszkola.- powiedział prostując się na krześle i mrużąc oczy.
-Chyba Ci się coś pomyliło, maluchu- powiedziałem zabierając czerwonego snapa i wychodząc z domu- wrócę później, mamo!- krzyknąłem.
Usiadłem za kierownicą i jechałem do domu Kate. Zamierzam zabrać ją na prawdziwą randkę.

*Kate*
"Wyjdź z domu, Księżniczko". Odczytałam smsa i spojrzałam przez okno. Justin opierał się o bok swojego porsche paląc papierosa. Przebrałam się szybko w jeansy i fioletową koszulkę i wyszłam z domu.
-Powiedz mamie, że jestem na mieście- rzuciłam do Matta kiedy leżał pod telewizorem. Mruknął tylko coś w stylu "okej", ale ja już przechodziłam przez próg domu.
Nie wiedziałam co się dzieje. Godzinę temu widziałam się z Justinem, a on już jest pod moim domem. Ale żyje się raz.
Justin energicznym krokiem podszedł do mnie  i złapał mnie za ręce.
-Kate Collins, idziesz ze mna- powiedział ze śmiertelnie poważną miną.
-Co jest grane?
-Zabieram Cię do Starbucksa- powiedział i uśmiechnął się do mnie szeroko, otwierając mi drzwi od strony pasażera. Wsiadłam czując, żę od uśmiechania się bolą mnie policzki. Czy to juz randka? Nie, potraktuję to jako przyjacielskie spotkanie.
Justin włączył silnik samochodu i ruszyliśmy.
-Jak tam popołudnie?- zapytał.
-Zdążyłam zjeść obiad.
-Nie martw się, ja też- powiedział.
Zatrzymaliśmy się na parkingu i weszliśmy do lokalu. W środku było mnóstwo ludzi, ale udało nam się znaleźć stolik. Zamówiłam kawę, a Justin poprosił herbatę z ciastkiem.
-Więc Kate. Jak Ci się podoba Los Angeles?- zapytał zakładajać czapkę tak, że daszek był z tyłu głowy.
-Jest okej. Zwiedziłam niewiele, ale wydaje się w porządku.
-Jeśli chcesz mogę oprowadzić Cię po mieście- zaproponował Justin.
-Tak serio, to nie chcę mi się nigdzie dzisiaj chodzić.
-W porządku.
-Opowiedz mi coś o sobie, Justin.
-Jestem Justin Bieber. Mam 19 lat i lubię grać w kosza. Czasem pobrzdąkam coś na gitarze.
-Grasz na gitarze?- zapytałam.
-Tak, a bo co?
-Uwielbiam muzyków- powiedziałam popijając kawę.
-To mam szczęście.

Rozmawialiśmy dwie godziny, ale niestety moja mama kazała mi wracać do domu. Kiedy Justin zatrzymał się pod moim domem chciałam od razu wysiąść z samochodu,a le powstrzymał mnie.
-Kate, poczekaj.
-Tak?- zapytałam.
Justin pochylił się nade mną i złożył na moich wargach pocałunek.Miał bardzo miękkie usta i pachniał malinową herbatą. Kiedy się ode mnie odsunął nie wiedziałam co powiedzieć.
- Do jutra, Księżniczko.
-Do jutra- wysiadłam z samochodu i cała drogę do mojego pokoju chichotałam jak wariatka.

wtorek, 10 grudnia 2013

to już miłość

Weszłam do domu cały czas trzymając telefon w ręku bojąc się, że coś przegapię. Ruszyłam do swojego pokoju unikając spotkania z rodzicami. Była już 22, a ja rano miałam szkołę. Niestety, przeliczyłam swoje możliwości i wpadłam na mamę w przedpokoju.
-Gdzie byłaś cały dzień?- zapytała opierając się o framugę drzwi ze złowrogim wyrazem twarzy.
-Byłam na mieście z Alice, przecież wam mówiłam- powiedziałam nie patrząc jej w oczy.
-No okej, ale nie spodziewałam się, że spędzisz cały dzień poza domem nie dając żadnego znaku życia. Wiesz jak ja się bałam? Przecież w ogóle nie znasz miasta.
-Ale Alice zna- powiedziałam coraz bardziej poirytowana. Nie miałam przecież ośmiu lat.
-Mogłaś się zgubić.
-Dobrze, przepraszam. Mogę iść już do siebie?- zapytałam przewracając oczami. Nadopiekuńcze mamy potrafią być naprawdę denerwujące.
-Idź.
Powlokłam się na piętro zapominając kompletnie o Justinie. Marzyłam tylko o tym, żeby zasnąć. Weszłam pod prysznic i pod wpływem gorącej wody rozluźniłam wszystkie mięśnie. Stałam pod strumieniem i rozplątywałam splątane włosy.
Zastanawiałam  się co teraz będzie. Przyzwyczaję się do nowego życia? Z jednej strony chcę wrócić do przyjaciół, dziadków, do Waszyngtonu, ale z drugiej wiedziałam, że na początku zawsze jest trudno, ale później jest lepiej. Już znalazłam nową koleżankę, ale i tak nie wybaczę jej tego, że wrobiła mnie w te spotkanie z Justinem. Ale gdyby nie ona, pewnie nigdy nie miałby mojego numeru w telefonie.
Przebrałam się w piżamę i położyłam na łóżko, kiedy usłyszałam wibracje mojego iPhone’a na szafce nocnej. Rzuciłam się na szafkę jak szaleniec. Prawie się zabiłam, ale  musiałam sprawdzić czy to Justin.
O mały włos nie krzyknęłam ze szczęścia, kiedy odczytałam wiadomość. „do zobaczenia na matematyce ;)”. Wydałam z siebie masę niekontrolowanych dźwięków. Justin. Bieber. Do. Mnie. Napisał. Takimi myślami robiłam z niego jakąś gwiazdę, ale nie potrafiłam się powstrzymać. Dla mnie on wygląda jak gwiazda.
Myślałam nad tym co odpisać. W końcu zdecydowałam się na zwykłe „do jutra
”.
Odłożyłam telefon i zasnęłam myśląc o jutrzejszym dniu i Justinie czekającym na mnie  w ławce.

Szłam w stronę klasy, kiedy usłyszałam szybkie kroki zmierzające w moją stronę. Odwróciłam się i zobaczyłam Justina podążającego w moim kierunku.
Miał na sobie szarą bluzę i nisko opuszczone czarne spodnie, a na nogach czarne adidasy za kostkę. Musiałam przyznać, że wyglądał bardzo pociągająco w  zestawie z jego seksownym wzrokiem.
-Cześć, Księżniczko. Jak się spało?- zapytał stając na równi ze mną.
-A więc teraz jestem księżniczką? Spało się dobrze, nie mogę narzekać- powiedziałam uśmiechając się od ucha do ucha. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Za 5 minut zaczynają się zajęcia.
-Tak, jesteś Księżniczką. Mogę być Twoim Księciem, jeśli tylko chcesz- powiedział poprawiając luźno zwisający plecak z jego lewego ramienia.
Zaczerwieniłam się aż po same uszy. Ja Księżniczką Justina Biebera, o boże.
-Chodźmy do sali, bo się spóźnimy. Porozmawiamy na matematyce.
-Czyli teraz zamierzasz olewać matematykę rozmawiając ze mną zamiast uważać na lekcji? Nieładnie- rzekł Justin, a ja tylko się uśmiechnęłam i weszłam do środka.
Nauczyciela jeszcze nie było, ale po chwili Pan Brown wkroczył do klasy. Odprowadziłam mojego „księcia” wzrokiem i usiadłam w ławce obok Jacka.
-Cześć- powiedziałam do niego, kiedy pochylał się nad swoimi notatkami. Najwyraźniej bał się, że Brown wywoła go do odpowiedzi.
-Um, hej- odpowiedział Jack spoglądając na mnie przelotnie.
Rozpakowałam się, a lekcja została rozpoczęta. Przez całe 45 minut angielskiego rysowałam po okładce zeszytu zupełnie nie zważając na słowa nauczyciela. Czekałam kiedy minie ta lekcja i rozpocznie się upragniona matematyka z Bieberem u boku.

Usiadłam w ostatniej ławce mijając spojrzenia pozostałej części klasy. Wyciągnęłam podręcznik i zeszyt, kiedy niespodziewanie Justin siedział już obok mnie. Wyczułam zapach papierosów, ale tym razem już bez śladu damskich perfum. Alexy chyba nie było dzisiaj w szkole, bo nie widziałam jej na poprzedniej lekcji.
-Hej- powiedziałam uśmiechając się pod nosem.
-Jakaś radosna jesteś dzisiaj- zauważył Justin wyciągając zeszyt.
-Zawsze jestem uśmiechnięta.
-Wczoraj nie byłaś.
-Zdziwiłbyś się widząc mnie po powrocie z boiska- powiedziałam i od razu ugryzłam się w język. Po co to powiedziałam?! Ale ze mnie pustak. Od razu zalała mnie fala gorąca. Miałam wrażenie, że moja twarz przybrała kolor purpury. Justin zaczął uroczo chichotać. Jego chichot jest naprawdę uroczy. Mogłabym go słuchać cały czas.
-Kate, cieszę się, że doprowadziłem Cię do takiego stanu.
Nic nie odpowiedziałam, bo w tym momencie nauczyciel, którego mina wskazywała raczej na to, że jest tu za karę, podyktował temat lekcji. Już miałam zacząć temat do rozmowy, kiedy Justin został wezwany do tablicy. Prawie umarłam ze strachu, że mnie też to czeka, a Justin po prostu podszedł do tablicy, napisał kilka wzorów, coś tam nazmyślał i dostał trójkę. Tak jakby od niechcenia. Matma to dla mnie czarna magia, ale Bieber podchodzi do wszystkiego na luzie. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Kiedy zajął miejsce obok mnie, już  nikt nie został poproszony do odpowiedzi, na co odetchnęłam z ulgą.
-Tak to się robi, Księżniczko- powiedział Justin. Dalej nie mogłam się przyzwyczaić do miana Księżniczki.
-Brawo, teraz możesz się chełpić tą naciąganą tróją.
-Co byś powiedziała, gdybym odwiózł Cie dzisiaj do domu?- zapytał.
-W sumie okej. Będę się lansować w Twoim porsche- powiedziałam uśmiechając się po raz tysięczny.
Justin poprawił swoją idealnie postawioną grzywkę.
-swag- powiedział, na co się roześmialiśmy.

*Justin*
-Jay, Ty frajerze- usłyszałem od Chada, na co się zaśmiałem.
-Co jest, bro?- zapytałem.
Chad właśnie podpalał sobie papierosa, a ja stałem z moim w lewej ręce. Czekała nas tylko jedna lekcja, wf. Jak dobrze, że tylko to.
-Jak tam z Kate?
-A co ma być?- zapytałem udając, że nie wiem o co chodzi. Wczoraj całą noc o niej myślałem, jest niesamowita.
-Cała paczka plotkuje o waszych śmiechach i chichotach na lekcji. To już miłość, mówię Ci.
-Cała paczka, czyli Ty i Trish?- zapytałem grzebiąc w telefonie, żeby tylko na niego nie patrzeć. Sprawdzałem wiadomości i natrafiłem na smsa od Kate. Uśmiechnąłem się mimowolnie.
-Justin, Ty się uśmiechasz do telefonu! Zakochałeś się! O kurwa, nie wierzę, że to się dzieję naprawdę.- powiedział Chad, jakbym co najmniej popełnił jakąś zbrodnię.
-Stul pysk, kretynie. Pojebało Cię? Znamy się jeden dzień, a Ty mi z takim czymś wyskakujesz.
-Najwyraźniej jeden dzień wystarczył.
Rzuciłem niedopałka na ziemię i ruszyłem do szkoły.
-Jesteś nienormalny- rzuciłem przez ramie, a on tylko się zaśmiał.
Wszedłem do szkoły i kierowałem się korytarzem w stronę sali gimnastycznej . Po drodze mijałem mnóstwo dziewczyn i każda z nich posłała mi uśmiech. Pomimo tego, że normalnie mi to schlebia, teraz czułem się jak ostatnia szmata. Wielbiony tylko za to jak wyglądam, nie za to jaki jestem. Byłem przekonany, że gdybym podszedł do którejś z dziewczyn i powiedział „Jesteś beznadziejna, umówisz się ze mną?” ona i tak zgodziłaby się bez wahania. Typowe laski z Los Angeles.

Wf minął mi jak zawsze szybko. Graliśmy w kosza, porzucałem trochę, pośmialiśmy się i bach, dzwonek.
Kiedy się przebrałem poszedłem po mój samochód. Zaparkowałem przed wejściem do szkoły i czekałem na Kate opierając się o drzwiczki pasażera. Kiedy schodziła po głownych schodach rzuciłem:
-Cześć, Księżniczko.
A ona uroczo zachichotała rumieniąc się. 

niedziela, 24 listopada 2013

mecz

*Justin*
Koszykówka jest dla mnie odskocznią. Jest tym, czego potrzebuję, żeby się wyluzować, odetchnąć. Mogłem grać w kosza godzinami, bo nawiasem mówiąc byłem całkiem dobry. Z dala od szkoły, domu, wszystkich problemów. Tylko piłka i moi przyjaciele. Chad był świetnym graczem. Blokował jak nikt inny w Los Angeles, ja natomiast byłem specjalistą od rzutów z daleka.
Graliśmy już jakieś 45 minut więc wszyscy spoceni zdjęliśmy koszulki. Gdyby była tu Alexa pewnie darła by ryj, żeby „pokibicować”. Na całe szczęście jest pewnie na zakupach, albo innym gównie. Przyzwyczaiłem się już do tego, że to dama z bogatej rodziny. Torebki, buty, buty, torebki. Woow, fascynujące. Kiedy byłem w okresie, gdy ona mi się tak na serio podobała, zabrała mnie do centrum handlowego. Istna męczarnia. Chodziłem za nią i jej przyjaciółkami, a one w ogóle nie mogły się zdecydować na nic. Od tamtej pory mam wstręt do sklepów odzieżowych. Sam kupuję przez Internet, bo tak jest wygodniej. Bez zbędnego chodzenia i wybierania.
Biegałem po boisku jak szalony, kiedy nagle Chad popchnął mnie w ramię i wybił z rytmu. Wstałem z tartanu i od razu wyskoczyłem do niego z pięściami.
-Jakiś problem?!- zapytałem gotowy do skoku. Kiedy ktoś wytrąci mnie z rytmu potrafię być naprawdę agresywny. Chad nie odpowiedział, tylko kiwnął głową w stronę ławek na końcu boiska do gry. Kiedy się obejrzałem, doznałem szoku. Na ławce siedziały dwie śliczne dziewczyny. Ciepły wiatr rozwiewał im włosy, więc nie mogłem ich rozpoznać. Po kilku chwilach przyglądania się jak szaleniec, dostrzegłem tam Kate i drugą dziewczynę, z którą chodzę na dwie lekcje, ale nie mogłem sobie przypomnieć jej imienia.
Wyglądały jakby się kłóciły. Siedziały na swoich miejscach spokojnie, ale zdradzały je gesty Kate. Wyglądała na wzburzoną. Starała się ukryć wymachiwanie rękoma, ale nie za bardzo jej to wychodziło.
Pomyślałem, że nie będę z siebie robił jakiegoś kretyna, więc przestałem się patrzeć i dołączyłem do chłopaków. Dawałem z siebie wszystko, ale fakt, że Kate mnie obserwuje niszczył moje starania. Im bardziej chciałem jej zaimponować, tym bardziej mi nie wychodziło. W końcu Brad, jeden z drużyny przeciwnej, zarządził koniec meczu. Zdyszany napiłem się wody, kiedy Chad do mnie podszedł.
-Idziemy do nich?- zapytał zbierając po drodze nasze koszulki.
-Po co?- odpowiedziałem pytaniem na pytaniem niby od niechcenia. No jasne, że chciałem podejść, ale dziwnie by to wyglądało, przecież prawie się nie znamy. Nim się zorientowałem, Chad już machał do nich wołając Kate po imieniu.
-Jesteś normalny?- wydarłem się na niego oddając mu potężny cios w ramie.
-Dobra, dziewczyny, nieważne. Jay się wstydzi.
Myślałem, że spalę się ze wstydu. Teraz już musiałem do nich podejść. Czułem się zażenowany, ale i szczęśliwy jednocześnie. Fajnie, że przyszła, ale po co?

*Kate*
Boże, umieram. Justin Bieber idzie do mnie bez koszulki! Zastanawiałam się, czy gdybym zrobiła zdjęcia tej umięśnionej klatki piersiowej, to wydawało by się dziwne?
Alice, która powinna teraz przepraszać mnie na kolanach za taki numer, teraz po prostu chichotała z mojego wyrazu twarzy. Kilka sekund potrwało, zanim nauczyłam się jak zamykać usta. No co? Fajne ma warunki chłopak.
-Cześć- powiedział Justin ukrywając swoje zawstydzenie moją obecnością swoim jakże znanym mi zawadiackim uśmiechem. Ja, jak jakaś idiotka, dalej patrzyłam się wprost na jego mięśnie. Gdyby nie Alice, która lekko uszczypnęła mnie w ramie, chyba bym w ogóle nie odpowiedział.
-ee, hej- powiedziałam ukrywając swoją już czerwoną twarz ze wstydu pod falą brązowych włosów. W takich momentach dziękowałam sama sobie, że prawie nigdy ich nie związuje.
Nie wiedział co mam ze sobą zrobić, więc bawiłam się palcami. Mimo tego, że Justin to mój kolega z klasy, bardzo się przy nim zawstydziłam. No bo ja, taka zwykła Kate i on taki niezwykły Justin.
-Jay, idę z koleżanką się przejść. Idziesz też?- zapytał Chad, kiedy Alice wstawała z ławki, zostawiając obok mnie puste miejsce.
-Nie, zostanę.
Kiedy Alice odwróciła się w moją stronę posłałam jej mrożące krew w żyłach spojrzenie. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Justin usiadł na jej miejscu lekko chichocząc. Byłam zdenerwowana zachowaniem Alice. Zostawiła mnie. Tutaj. Z Justinem Bieberem obok.
-Z czego się śmiejesz?- zapytałam Justina.
-Wiesz, że to było zaplanowane? Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że nagle przypadkiem pierwszym miejscem, które odwiedziłaś jest boisko na którym gram w kosza.
-Więc twierdzisz, że zrobiłam to specjalnie? Nie miałam z tym nic wspólnego. Nie obchodzi mnie to.
Wydobyłam z siebie resztki sił i wstałam z ławki. Justin podbiegł do mnie i powstrzymał mnie przytrzymując mnie w pasie. Poczułam, że rozpływam się pod jego dotykiem.

*Justin*
-Zostań- szepnąłem do ucha Kate. Z jakiegoś powodu chciałem, żeby ze mną została.
-Okej, zostanę- powiedziała i mimowolnie się uśmiechnąłem. Usiadła na ławce trochę zdenerwowana. Widziałem jak zgina palce u rąk i na zmianę je prostuje.
-Nie bądź zła. I tak nie znalazłabyś teraz swojej koleżanki.
-Alice. Ma na imię Alice.
-Okej. I tak nie znalazłabyś teraz Alice.
Nie odpowiedziała tylko wpatrywała się w czubki swoich butów. Bardzo ciekawe zajęcie.
Wyciągnąłem papierosy z kieszeni i odpaliłem jednego. Mocno się zaciągnąłem i wypuściłem dym zrelaksowany.
-Dlaczego palisz?- zapytała Kate, totalnie zaskakując mnie tym pytaniem. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem.
-Nie wiem.
-To przestań. Niszczysz siebie i wszystkich dookoła- powiedziała odganiając dym papierosowy dłonią.
-Dobrze.
-I tak nie przestaniesz- powiedziała na co się zaśmiałem. No tak, nie przestanę.
-Jak dobrze mnie znasz- powiedziałem.
Kate uśmiechnęła się, ukazując urocze dołeczki.
Bardzo nurtowała mnie pewna sprawa. Nie mogłem się powstrzymać i zadałem jej najgłupsze pytanie pod słońcem.
-Dasz mi swój numer telefonu? Jesteś bardzo ładna- zapytałem i od razu spuściłem wzrok jak zawstydzony chłopczyk. Przypomniała mi się scena z dzieciństwa, kiedy zaprosiłem pierwszy raz dziewczynę na randkę. Miałem dokładnie taki sam wyraz twarzy. Od tego czasu minęło sporo czasu, a ja zdążyłem zdobyć miano bad boya, ale w takich chwilach maska pękała. Widać było jak na dłoni, że jestem zwykłym dzieciakiem, który wstydzi się zapytać dziewczyny o numer.
-A więc chcesz mój numer tylko dlatego, że jestem ładna?- zapytała Kate i uniosła wysoko głowę, tak jakby wiedziała, że ma nade mną przewagę.
-Nie, to znaczy…
-Spokojnie, w sumie czemu nie. Daj mi swój telefon.
Podałem jej swojego iPhone’a, a ona zapisała numer.
Rozmawialiśmy ponad godzinę o różnych rzeczach. O rodzinie, szkole, Los Angeles, Waszyngtonie. Wiedziałem o niej kilka rzeczy, a ona o mnie. Cieszyłem się jak dziecko mając świadomość, że gdy wrócę do domu napisze jej smsa, albo zadzwonię. Wiem, że znam ją dopiero kilka godzin, ale mam wrażenie jakbyśmy znali się od zawsze. To wspaniałe uczucie. Niestety musiałem przypominać sobie, że Alexa dalej istnieje, a ja nie mogę stracić głowy dla jakiejś nowej, ślicznej, zabawnej, uroczej dziewczyny. Dosyć, Bieber. Nie jesteś sobą.
Czas mijał, a Alice w końcu wróciła. Kate musiała odjechać, a ja wracałem do domu z uśmiechem przyklejonym do twarzy. 

czwartek, 21 listopada 2013

nienawidze Cię

Jestem pośmiewiskiem. Jestem kretynką. Chcę wracać do Waszyngtonu.
Te trzy zdania powtarzałam sobie cały czas wracając do domu i ignorując kompletnie dobry humor taty. Mi się on w ogóle nie udzielał. Wręcz przeciwnie, byłam zła na niego, że jemu się dobrze powodzi, a ja już pierwszego dnia szkoły przechodzę załamanie nerwowe. Miałam ochotę tupnąć nogą jak mała  dziewczynka, bo nie wszystko idzie po mojej myśli. Te uczucie kompletnej porażki przygniatało mnie od środka.
-Czemu jesteś taka nie w sosie?- zapytał tata przerywając radosne gwizdy wydobywające się z jego ust.
-To wszystko wina tych hormonów, tato- powiedziałam uśmiechając się sztucznie, żeby dał mi spokój i powrócić do wyliczania własnych błędów. Robiłam coś w rodzaju pamiętnika myśli, o ile coś takiego w ogóle istnieje.
Tak właściwie nic konkretnie złego się nie działo, ale kiedy pomyślę, że jutro rano znów mam siedzieć z Bieberem, chce mi się płakać. Jeżeli on myśli o mnie tak samo jak ta szmata Alexa? (o boże, jak ja jej nienawidzę).
Wiem, że to płytkie z mojej strony, ale nie chcę, żeby taki przystojny chłopak myślał o mnie jak o kalece i debilce. Możecie mówić co chcecie, ale tak właśnie układają się myśli każdej dziewczyny.  Nie wyjść na idiotkę przed chłopakiem, który Ci się podoba.
Musiałam w końcu przyznać, że Justin mi się podoba. Oszukiwanie samej siebie nie miało głębszego sensu, a o miłości w tym przypadku nie ma mowy.
Właśnie, w tym przypadku. Co innego z Alice i Jackiem. Nie wiem, co myśli Jack, ale widać, że Alice wpadła po uszy. Cieszę się. Jack jest w porządku, a Alice to ktoś w rodzaju mojej nowej przyjaciółki. Fajnie by było zobaczyć ich razem splecionych w uścisku, albo wymieniających pocałunki.
W tym momencie nie wiedząc czemu zamiast obrazu mojej przyjaciółki i kumpla, zobaczyłam mnie i Justina Biebera. O nie,  nie mogę tak myśleć, kurwa. Moje myśli biegną po niewłaściwych torach.
Gdy toczyłam wewnętrzną walkę z własnymi myślami, nawet nie zauważyłam, kiedy stanęliśmy na podjeździe pod domem. Zabrałam torbę z tylnego siedzenia samochodu i weszłam do mieszkania. Mama stała w kuchni nakrywając do stołu.
-Za minutę obiad!- krzyknęła, kiedy wchodziłam po schodach na piętro, do mojego pokoju. Spojrzałam w lustro i zauważyłam, że mam okropnie poplątane włosy. Wyciągnęłam szczotkę do włosów i zaczęłam rozplątywać długie pasma moich brązowych włosów.
Ta naturalna czynność pomogła mi. Nie przejmowałam się niczym tak bardzo. Co ma być to będzie. Kilka dni i znów będę niezauważalna.
Umyłam ręce i zeszłam na dół. Usiadłam na moim zwyczajnym miejscu obok Matta. On tak jak zwykle był wyluzowany. Wydawało się, że jest ponad wszystko. Mogłabym brać z niego przykład. O boże, jak to głupio brzmi.
-Jak tam w szkole?- próbowała nawiązać rozmowę mama. Matt był bardzo zajęty swoim iPhone’m, więc to ja musiałam mówić.
-Okej.
-To wszystko?
-Tak- odpowiedziałam nakładając na widelec sałatkę. Uśmiechnęłam się przepraszająco. Mama musiała zrozumieć, że choć bardzo ją kocham, nie zawsze mam ochotę na rozmowę. Wiem, miałam nie robić jej przykrości, ale nic na to nie poradzę.
Obiad zleciał mi na grzebaniu w talerzu. Jakoś nie miałam ochoty na jedzenie. Zastanawiałam się czy zawsze tak będzie. Czy za wszystko będę obwiniać przeprowadzkę? Bo według mnie to właśnie przez to. Ale nie będę się użalać nad sobą. Wiele nastolatków ma o wiele gorzej niż ja. Mam wspaniałych rodziców, trochę wkurzającego brata, ale zawsze.
Wstawiłam brudne naczynia do zmywarki i od razu rzuciłam się na mojego laptopa. Zalogowałam się na facebooka, żeby trochę poplotkować z Sarą- moją przyjaciółką z LA, ale powstrzymały mnie miliony zaproszeń do grona znajomych. Kiedy uporałam się z  nimi, dostałam wiadomość od Alice.
„Cześć, K. Jedziemy na wycieczkę. Będę u Ciebie za 5 minut’’. W tej chwili żałowałam, że podałam Alice swój adres. Szybko wstałam z łóżka i powlokłam się w stronę mojej szafy. Nie było w niej nic specjalnego, jak zawsze. Przebrałam tylko szary top na białą koszulkę na ramiączka z napisem „YOLO”. Ale ze mnie hipster, uhu. Zabrałam ze sobą małą torebkę z najpotrzebniejszymi rzeczami i kiedy usłyszałam, że moja przyjaciółka już jest, zeszłam na dół.
-Gdzie się wybierasz?- zapytał mój tata czytając gazetę na kanapie w salonie.
-Jadę z koleżanką na miasto.
-Okej, baw się dobrze- powiedziała moja mama wyraźnie ucieszona ze zmiany mojego nastawienia.
Zamknęłam drzwi wejściowe i ruszyłam w stronę białego Land Rovera Alice. Dlaczego każdy ma własny samochód, tylko ja wożę się z tatą?!
-Cześć, gdzie jedziemy?- zapytałam gdy tylko ruszyłyśmy. W tle leciała piosenka zespołu Bastille, na co się ucieszyłam, bo lubiłam ich muzykę. Alice przebrała się w kolorową sukienkę, co w zestawieniu z jej marchewkowymi włosami wyglądało bombowo. Żałowałam, że moje włosy maja taki pospolity, czekoladowy kolor. Co druga dziewczyna to brunetka. Ale w sumie, nie wyróżniam się.
-Zobaczysz. Chcę Ci pokazać kilka fajnych miejsc w Los Angeles. Fajna koszulka, pasuje tutaj- powiedziała dziewczyna wskazując na nią głową.
-Szkoda, że tylko koszulka- mruknęłam do siebie, ale Alice tego nie usłyszała.
Po drodze mijaliśmy kilka kawiarni i centrum handlowych, ale Alice zatrzymała się dopiero po 15 minutach jazdy. Kiedy wysiadłam z samochodu od razu zauważyłam boisko. Było tam kilkoro chłopaków i para na ławce. Nie przyglądałam się za bardzo grającym, dopiero gdy podeszłyśmy bliżej ławek zauważyłam, że do kosza trafił nie kto inny jak Justin Bieber. Zbijał po drodze piątki, a ja stanęłam jak wryta.
-Nienawidzę Cię!- krzyknęłam gniewnie do Alice, domyślając się, że taki właśnie był jej plan.
-Oj, wiem, że chcesz to obejrzeć. No dalej, nie róbmy przedstawienia. 

mam  mały problem. ponieważ kompletnie nie znam się na niczym, prosiłabym, żeby ktoś jakoś urządził ten blog. chodzi mi o ogólny wygląd. Byłabym wdzięczna, gdybyście pisali do mnie w tej sprawie na asku.

sobota, 16 listopada 2013

oczami Justina

-Justin, Kochanie, dlaczego się nie śmiejesz?- zapytała Alexa wpatrując się we mnie tymi swoimi maślanymi oczami, które działały na mnie jak magnes.
Staliśmy na parkingu jak oddział wojska ruszający na wojnę. Tyle, że żadnej wojny nie było. Jeszcze.
-A jest się z czego śmiać? Poniedziałek, ahaha. Zabawne- powiedziałem przewracając oczami i wyciągnąłem z tylnej kieszeni spodni paczkę papierosów. Powinienem rzucić to świństwo, ale nie potrafię. 3 lata palenia robi swoje.
Rozejrzałem się dookoła zanim odpaliłem papierosa w poszukiwaniu ewentualnego zagrożenia ze strony nauczycieli. Ale w sumie, co oni mi mogą zrobić? Nic. Banda nieudaczników.
Alexa i Jordan opierały się o maskę mojego srebrnego porsche, a Chad razem z Bradem stali z Caroline i Trish obok ich wozów. 8 godzin w szkole w ich towarzystwie trochę mnie przerastało. Czułem się pupilkiem Alexy, trochę jak dodatek. Jest ładna i… jest ładna. Chciałbym robić co chcę, olać tą szkołę, wszystko dookoła, ale nie mogę. Życie ma wobec mnie plan. Uhu, ciekawe jaki. Mam to gdzieś.
-Bro, jedziemy na plac?- zapytał Chad odciągając mnie od moich myśli. Chad jest moim przyjacielem od przedszkola, trochę jak brat. Jest świetny, ale też męczący. Czasem potrafi działać na nerwy.
-Okej, tylko muszę skoczyć na chwilę do domu. Wracasz ze mną czy z Trish?- zapytałem i zabawnie poruszyłem brwiami w górę i  w dół.
-Odpierdol się, Bieber- powiedział Chad wsiadając już do mojego wozu. Zaśmiałem się tylko i usiadłem za kierownicą mojego nowiutkiego auta. Prezent od ojca, chociaż tyle z niego dobrego.
Już przekręcałem kluczyk kiedy usłyszałem pukanie w okno. Odwróciłem się i zobaczyłem jak wiatr rozwiewa czarne włosy Alexy. Obojętnie otworzyłem okno.
-Nie pożegnasz się ze mną?- zapytała
- Na razie,  Alex- odpowiedziałem i ruszyłem widząc w tylnym lusterku jak się krzywi z gniewu. Nie jest moją dziewczyną, nie mam zamiaru mówić jej słodkich słówek i cmokać ją w usta. Miłość nie istnieje, więc takie demonstracje są zbędne.
-Jay, nie przeginasz? W końcu się odczepi i nie będziesz miał nikogo, kto będzie wzdychał i chodził za Tobą jak cień- powiedział mój przyjaciel odpalając papierosa.
-Ta, bo to jest takie fascynujące. I nie martw się, jakaś się trafi, żeby załagodzić moje cierpiące serce po zbliżającej się stracie Alexy.
-To po co w ogóle zaczynasz?
-Laski lubią niedostępnych chłopców, nad którymi muszą trochę popracować. I na odwrót.
-Uu, Profesor Związek się uaktywnia- powiedział Chad na co oboje zaśmialiśmy się zagłuszając  kawałek Drake’a w tle. Ksywkę ,,Profesor Związek’’ Chad nadał mi, kiedy mając 14 lat dawałem mu rady dotyczące kobiet. Żenada.
-A właśnie. Nie pochwaliłeś mi się jeszcze. Dotarliście z Trish do ostatniej bazy?
-Przestań, nie jestem taki. W ogóle, dlaczego mówimy o mnie i Trish. Jak tam ta nowa? – zapytał Chad na co się zdenerwowałem.
Od rana nie daje mi z nią spokoju. Mogłem w ogóle nie dosiadać się do niej na matmie, tylko wyszły z tego problemu. A jak Alexa się dowiedziała, zrobiła mi straszną awanturę. Ale w sumie za co? Oni są jacyś dziwni.
Kate. Ładna jest. Jestem beznadziejny.
-A co ma z nią być?- odpowiedziałem pytaniem na pytanie wymijając ciężarówkę.
-O boże, nie udawaj. Wiem, że Ci się podoba- powiedział i szturchnął mnie w ramie. Miałem ochotę wybić mu ten głupi uśmieszek z twarzy.
-Mogłem przestać w ogóle do szkoły. Nie byłoby takich sytuacji jak ta przed wejściem.
 Przez głupotę moją i Chada nie zdaliśmy dwa razy, bo jak debile liczyliśmy na to, że rodzice przepiszą mnie do szkoły z internatem w innym mieście. Niestety ta akcja się nie udała, a my mamy dwa lata w plecy. Super.
-Fakt, dziewczyna sama wpadła Ci w ramiona. To znak.
-Taki znak, że Kate nie umie chodzić- powiedziałem parkując pod moim  domem.
Wziąłem torbę z tylnego siedzenia samochodu i ruszyłem w stronę drzwi. Jeżeli lubicie wracać do domu, zazdroszczę wam, serio. Jestem tam tylko wtedy, kiedy muszę, czyli w nocy.
Wszedłem do domu i od razu, nawet nie patrząc na brata albo mamę, ruszyłem do mojego pokoju. Plecak rzuciłem na łóżko i otworzyłem szafę w poszukiwaniu czegoś sensownego do ubrania. Kiedy zakładałem białą koszulkę i szukałem czarnego snapa, do pokoju weszła moja mama.
-Nie wiesz, że się puka?- zapytałem już zdenerwowany. Śpieszyłem się, a pewnie zaraz usłyszę wykład na temat tego jak bardzo złym jestem synem. Pattie stanęła w drzwiach i nie spuszczała ze mnie oczu. Udałem, że szukam czegoś w szafie, byle by tylko nie widzieć rozczarowania w tych oczach.
-Gdzie się wybierasz? Może byś chociaż raz został w domu?
-Po co?
-Bo to Twój dom! Ciągle jesteś gdzieś na zewnątrz, nigdy z nami.
To prawda, ale nie widziałem głębszego sensu w siedzeniu w domu. Mój ojciec to prawdziwy skurwiel. Do późna pracuję, chociaż te jego nadgodziny to pewnie ściema. Mamy podobnie zaborcze charaktery, dlatego w ogóle się nie dogadujemy. Ale jakoś nie ubolewam nad tym.
-To nie jest dom, to puszka. Najlepiej by było, gdybym ciągle siedział w domu z Jaxonem, prawda? Mamo, śpieszę się.
Wyminąłem ją w drzwiach i już miałem wychodzić, kiedy usłyszałem jak mama wchodzi we framugę drzwi wejściowych, tym samym nie pozwalając mi wyjść.
-Kurwa, odejdź!
Pattie chyba się przestraszyła, że mogę ją uderzyć, czy coś w tym rodzaju, bo ostrożnie poszła w stronę kuchni ze łzami w oczach. Ciężko mi było w takich sytuacjach. Kocham ją, ale w domu czuję się najgorzej. Zamknięty i otoczony kłębami problemów i dymu papierosowego. Wolę odreagować to na boisku, albo jointem. Obejrzałem się tylko za nią i trzasnąłem drzwiami ze zdenerwowania.
Wsiadłem do samochodu odpalając papierosa już na podjeździe. Chad grzebał w swoim telefonie, zupełnie nieświadomy mojego humoru.
-Szykujesz się jak panienka- powiedział pisząc sms, pewnie do Trish. Cieszyłem się, że Chad ma swoją miłość, ale ja czułem się fatalnie nie zaznając jej jeszcze.
Nie odpowiedziałem tylko zgasiłem papierosa i zapaliłem silnik samochodu. Porsche zawarczało jak dziki kot. Piękna bryka. Dojechaliśmy na plac i od razu wysiadłem, żeby zdjąć koszulkę i złapać za piłkę do kosza.
Uwielbiam koszykówkę.

środa, 13 listopada 2013

randkowicze

-Kate, jesteś jeszcze z nami, czy już odpłynęłaś pod wpływem Pana Biebera?- zapytał Jack,  na co się zdenerwowałam. Skarciłam w myślach samą siebie za to, że ktoś w ogóle może myśleć w ten sposób. Bieber na mnie nie działa. Powinnam mu wymyśleć jakąś ksywkę. Sara od razu nazwała by go jakoś. Szkoda, że nie mogła przeprowadzić się ze mną do tego wspaniałego Los Angeles.
Jack wpatrywał się we mnie, a ja nie odpowiadałam. Boże, zaraz na serio będzie myślał, że Justin mi się podoba. No dobra, jest przystojny. Ale to tylko twarz. Dlaczego tłumaczę się przed sobą?
-Mówiłeś coś?- udałam, że nie wiem o co chodzi i rozpakowywałam moją kanapkę. Ugryzłam kawałek i schowałam resztę do papierowej torby. Nie mam apetytu.
-Bieber.
-Dlaczego zawsze o nim mówisz? Nie wnikam, ale może to Tobie się podoba, nie mi- wyrzuciłam z siebie ze złością w oczach. Denerwuje mnie to. Od kiedy wpadłam na niego przed szkołą, Jack mówi tyko o nim.
-Spokojnie, tylko żartowałem, wyluzuj.
-Okej.
-To… Co robisz po południu? Może umówimy się do kina? Leci fajny film- dobrze, że przestałam jeść, bo chyba bym się udławiła. Ja i Jack. Na randkę!? Jezu, nie wiem.
-To nie wypali - odpowiedziałam. Jack jest fajny, zabawny, przystojny, balblabla. Ale widzę go raczej w roli mojego przyjaciela, nie chłopaka. Poza tym znam go dopiero jakieś 3 godziny, bez przesady.
Jest tyle ładnych dziewczyn w szkole, które chichoczą na jego widok, a on zaprasza mnie?
Mówiono mi, że jestem ładna, ale ja jakoś w to nie wierzę. Tak jak wspominałam, mam bardzo niską samoocenę, ale lubię to w sobie. Spojrzałam ukradkiem na Jacka i zauważyłam delikatny rumieniec na jego idealnej cerze.
-W porządku, nic się nie stało- próbował zatuszować swoje rozczarowanie perlistym uśmiechem, ale ja i tak widziałam w jego oczach, że jest zawiedziony.
Nie odpowiedziałam, tylko nerwowo rozdrapywałam czarny lakier do  paznokci. Atmosfera między nami się zmieniła. Kiedy już miałam wymyśleć jakiś temat do rozmowy, żeby załagodzić nieco sytuacje, dostrzegłam zbliżającą się w naszą stronę burzę rudych loków. Alice przybyła, uhu.
Udałam,  że jej nie zauważyłam mając nadzieję, że sama do mnie podejdzie i nie myliłam się.
-Co tam?- zapytała Alice, gdy podniosłam wzrok.
Jakoś dziwnie się uśmiechała. Moż
e rzeczywiście mam coś na twarzy…
-Gdzie byłaś?- warknęłam na nią ni stąd ni zowąd.
-Tu i tam. Pamiętaj, że nie zawsze mamy razem lekcję. Idziemy gdzieś?
-Okej, chodźmy. Na razie, Jack- odwróciłam się i ruszyłam w stronę wyjścia.
-Pa, Jack- powiedziała Alice i zachichotała. Rude włosy upięła w kitkę, więc nie szalały już tak bardzo.
Alice zaczęła gadać jak nakręcona, a ja byłam już zmęczona, więc wyłączyłam się (jestem okropna) i przytakiwałam tylko w odpowiednich momentach nie wiedząc nawet o co chodzi.

Zastanawiałam się czy mogłabym wyjść dzisiaj do kina z Jackiem.  Nie, nie potrafię o nim myśleć w takich kategoriach jak ,,randka’’. Przykro mi, że się rozczarował, ale nie miałam zamiaru go oszukiwać tylko dlatego, żeby nie było mu smutno. Kiedyś ktoś potraktował mnie w taki właśnie sposób i wiem, jakie to przykre uczucie dowiedzieć się, że to tylko gra.
Alice nadal mówiła wspominając co jakiś czas o fryzurze, albo jaki to wspaniały jest mój przyjaciel. Nagle mnie olśniło.
-Podoba Ci się Jack!- krzyknęłam podekscytowana. Kilka par oczu zwróciło się w naszą stronę, kiedy mijaliśmy szkolne szafki i pojawiły się szepty. Mogłam nie mówić tego tak głośno. Ale szkoła jest duża i na pewno niejeden Jack błąka się po korytarzach liceum.
Spojrzałam na Alice, która spiekła raka. Teraz wszystko się wydało. Była trochę skrępowana, ale to jeszcze bardziej mnie nakręciło.
-Wcale nie- powiedziała moja koleżanka udając, że bardzo pasjonuje ją obudowa jej iPhone’a.
-Alice, nie udawaj- powiedziałam niemal piszcząc z radości, że mogłabym ich ze sobą zeswatać. To byłoby cudowne. Dwoje moich przyjaciół razem.
-No dobra, może trochę. Ale Jack leci na Ciebie- powiedziała niemal wzdychając z rozpaczy.
-Jesteśmy tylko przyjaciółmi, nie przesadzaj. Jestem pewna, że gdyby on się dowiedział, zaprosiłby Cię gdzieś.
Nie zamierzałam mówić mojej przyjaciółce, że właśnie odrzuciłam propozycję randki z Jackiem. Alice załamałaby się.  Dobrze, że nic nie wie. To nie jest zbyt komfortowa sytuacja.
-Nic mu nie mów. To zostanie między nami, okej? Sama jakoś dam radę uwieść Jacka- powiedziała otwierając drzwi wyjściowe lekko chichocząc.
Reszta lekcji przebiegła dość szybko. Jack nie odezwał się do mnie ani razu od spotkania w stołówce. Justina widziałam kilka razy w czasie przerw, a od kiedy poznałam sekret Alice, knułyśmy plan działania na każdej lekcji, którą miałyśmy razem.

Wychodząc ze szkoły po ostatniej lekcji, czyli francuskim kierowałam się od razu w stronę parkingu, oczekując tam samochodu taty. Idąc chodnikiem grzebałam w torbie poszukując mojego telefonu, kiedy nagle usłyszałam krzyk skierowany w moją stronę.
-Tylko się nie przewróć, Kate!
Odwróciłam głowę i zauważyłam, że słowa kierowane do mnie padły z ust Alexy. Stała ze swoją paczką obok srebrnego porsche. Usłyszałam głośne śmiechy i od razu się zaczerwieniłam, co miałam  w zwyczaju. Nie dostrzegłam w grupie Justina, ale pewnie gdzieś tam był, bo Chad tez tam był. Zignorowałam ich totalnie i nie zważając na gwizdy i śmiechy wsiadłam do samochodu taty.
-Jak w szkole, kochanie?- zapytał przekręcając klucz w stacyjce.
-Daj spokój- odpowiedziałam i ruszając zapięłam pasy bezpieczeństwa. Piękny początek popołudnia, mhm.

poniedziałek, 11 listopada 2013

przesłuchanie?

Kiedy wyszłam z klasy od razu zamierzałam wypłakać się w damskiej łazience, ale nic z tego, Jack już czekał na mnie pod klasą. Kiedy zauważył mój wyraz twarzy podbiegł do mnie i zacisnął mnie w swoich objęciach. Miałam ochotę wypłakać się mu do ramienia, ale nie mogłam powiedzieć  co zaszło między mną a Justinem. Wiedziałam jak bardzo Jack nie lubi mojego „kolegi” i bałam się, że może coś mu zrobić. Nie żeby Justin to było jakieś chuchro, bo miał imponujące mięśnie co zauważyłam od razu, ale ze zdenerwowanym chłopakiem lepiej nie zadzierać, a ja nie chciałam być przez ten incydent w centrum uwagi jeszcze bardziej. Wystarczy mi to, co jest. Nie wiedząc tak naprawdę dlaczego, miałam ochotę rzucić się pod pociąg. I to wszystko przez jakiegoś kretyna, pustego Kena i debila w jednym. Dobra, już mi lepiej.
-Co jest grane, Kate?- zapytał Jack odgarniając mi włosy z twarzy.
No a właściwie co jest grane? Nie wiem. No okej, wiem- Bieber. Ale tego nie mogłam mu powiedzieć. Wymyśliłam coś najprostszego, czego faceci boją się jak ognia.
-Mam okres- powiedziałam łapiąc się za brzuch i mrużąc oczy  z „bólu”.
-Och- odpowiedział mój przyjaciel i gwałtownie się odsunął.
-Spokojnie, przecież to nie jest choroba, a ubrudzić Cię nie dam rady.
-Tak, wiem. Ale z własnego doświadczenia wiem też, że do dziewczyny z okresem lepiej się nie zbliżać- odpowiedział Jack, na co się uśmiechnęłam. Kupił to, to wspaniale- więc Kate, powiesz mi coś o sobie? Mamy godzinną przerwę, a chciałbym się coś o Tobie dowiedzieć- powiedział Jack na co trochę się przestraszyłam. A co, jeśli Jack pozna mnie taką jaką jestem i jakoś przestanie we mnie widzieć fajną Kate? O ile taka w ogóle istnieje. Mam bardzo niską samoocenę, tak, wiem. Ale wole to niż być przesadnie pewną siebie. Faceci lubią nieśmiałe laski, prawda?
-Co chcesz wiedzieć?- zapytałam kiedy doszliśmy do stołówki. Nie miałam zamiaru jeść tych ,,specjałów’’, dlatego z domu wzięłam sobie kanapkę z szynką i banana, powinno wystarczyć. Jack chyba tez nie przepadał za jedzeniem breji, która miała przypominać zapiekankę, bo zabrał ze sobą sałatkę. Usiedliśmy w najbliższym wolnym stoliku. Było dużo wolnych miejsc, bo jak zdążyłam zorientować się po drodze, większość woli jeść poza terenem szkoły. Gdybym wiedziała, że jest taka możliwość, nie brałabym jedzenia z domu, tylko poszła na pizze czy coś w tym rodzaju.
Stołówka wyglądała na taką jak w Waszyngtonie. Była duża, z racji tego, że do szkoły uczęszcza jakieś tysiąc osób. Ściany były w białym kolorze, z pomarańczowymi paskami na środku. Poprzez liczne kolorowe obrazy miała chyba poprawiać nastrój, ale panie za ladą i ich miny w stylu ,,mogę Cię zjeść’’ psuły wszystko.
Nigdzie nie widziałam Alice, co było dość dziwne, bo wypatruje jej już drugą przerwę. No cóż, może je w knajpie. Z zamyślenia wyrwał mnie aksamitny głos Jacka. Może zamiast Justina powinnam za obiekt westchnień wybrać właśnie jego? Nie jest zły, ale to było by za proste.
-Dlaczego tak właściwie przeprowadziłaś się do Los Angeles akurat teraz?- zapytał Jack mrużąc oczy tak, jak policjanci w serialach, którzy podejrzewają przypadkowe osoby o morderstwo, bo akurat nikt nie mógł potwierdzić, że o 3 w nocy chrapałeś grzecznie w swoim łóżku. Litości.
-To przesłuchanie?- nie mogłam się powstrzymać.
-Nie, skąd. Po prostu chcę wiedzieć.
-Okej. Przeprowadzka to nie był mój pomysł, serio. Nie miałam wpływu na nic. Gdybym mogła zostałabym w Waszyngtonie. Może to kwestia tego, że jestem tu dopiero od kilku dni i nie znam nikogo ani niczego, ale w Waszyngtonie zostawiłam mnóstwo wspomnień i ważnych dla mnie osób.
-Chłopaka?
-Nie, nie mam chłopaka. Szkoda mi czasu na miłość. Później i tak wszystko się niszczy więc jaki jest sens? No ale dość już o mnie. Chcę wiedzieć coś o Tobie- powiedziałam gryząc banana. Nie lubię mówić o sobie. Mam wtedy wrażenie, że i tak nikogo to nie obchodzi, a ja opowiadam na marne.
-No dobra. Mam na imię Jack- powiedział na co się uśmiechnęłam i dodałam.
-Cześć, Jack- jak na spotkaniu anonimowych alkoholików. Oboje wybuchliśmy niekontrolowanym śmiechem przez co kilka par oczu spojrzało w naszą stronę ze zdziwieniem.
-Mam 17 lat i chodzę z Tobą na angielski. Nie jestem dobry w te klocki. Nie wiem co mam opowiadać.
-To Ty zacząłeś grę w ,,poznanie siebie’’, więc teraz się nie wymigasz. Ale z drugiej strony to jest takie sztuczne, prawda? I tak wszystko wychodzi w praniu- powiedziałam, a Jack starannie przeżuwał sałatkę.
-Masz rację, co robisz po południu?
Już miałam odpowiedzieć, że nic specjalnego, ale wtedy poczułam zapach drogich perfum i tandety płynący wraz z ciepłym wiatrem w naszą stronę. Odwróciłam się i zobaczyłam grupkę osób, którzy wyglądali tak, jakby opuścili właśnie plan zdjęciowy do nowego filmu. Elita, widać. Było tam około 7 osób. 4 dziewczyny szły na samym początku śmiejąc się i poprawiając przy okazji włosy. Zauważyłam wśród tego dziwnego środowiska Justina. Stał za Alexą i dziwnie się krzywił. Mam nadzieję, że coś mu zrobiła, byłabym wdzięczna.
Stali na środku stołówki przez moment, a później wyszli stamtąd jak gdyby napatrzyli się już na tych, którzy nigdy nie będą  w ich kręgu. Po głośnych rozmowach zorientowałam się, że sytuacja już się ustabilizowała. W Waszyngtonie tak nie było. Kolejny powód dla którego powinnam uciec z Los Angeles jak najszybciej.

rozmowa

Spojrzałam w górę i ujrzałam Justina Biebera, opierającego się o ławkę i patrzącego wprost na mnie. Nie mogłam uwierzyć we własnego pecha. Ten gość mnie prześladuje. ,,A może to przeznaczenie?’’- zapytał głos w mojej głowie. O nie, muszę skończyć z prowadzeniem rozmów sama ze sobą. Przeznaczenie nie istnieje, to jest tylko seria przypadkowych zdarzeń, prawda?
-Zajęłaś moją ławkę, shawty- powiedział Justin uśmiechając się zawadiacko. Zauważyłam, że założył okulary przeciwsłoneczne, które sprawiały, że wyglądał jak gwiazda filmowa. Wyczułam zapach dymu papierosowego i damskich perfum. O boże, pewnie Alexa się do niego tuliła, szmata.
-Przepraszam, nie wiedziałam, że ktoś tu siedzi. Już idę- powiedziałam zabierając moje rzeczy z ławki. W tym samym momencie do Justina dołączył czarnoskóry, wysoki chłopak. Chyba z nim tu siedział.
-Nie, spoko, zostań. Możesz siedzieć ze mną- powiedział Bieber powstrzymując moje ruchy dłońmi. Kiedy mnie dotknął od razu poczułam się tak, jakby miliony małych iskierek przeszło przez moją dłoń. Zabrałam ją od razu, ale Justin nie speszył się, ani nic w tym rodzaju. Uśmiechał się dalej, jemu chyba uśmiech nigdy nie schodzi z twarzy. Z jednej strony to fajnie, a z drugiej jest to bardzo denerwujące nie wiedząc z czego on tak właściwie się cieszy.
-Ej, bro, a ja?- zapytał kolega mojego bohatera lekko poirytowany, w jednej ręce ściskając plecak, a w drugiej paczkę papierosów.
-Chad, idź usiąść z jakąś panną. Nie mogę tak potraktować nowej koleżanki- zwrócił się do towarzysza i zasiadł w ławce obok mnie.
-Chyba sobie jaja robisz, Jay.
-No wypierdalaj, nie rozumiesz!?- Justin wykrzyknął w stronę kolegi, a ja przestraszyłam się jego tonu.
Chad ruszył mrucząc pod nosem masę przekleństw, wyłapywałam z nich pojedyncze słowa „Bieber” i usiadł w ławce z blond niewiastą. Justin wyciągnął tylko zeszyt i odwrócił się przodem do mnie, tak, że mogłam policzyć urocze pieprzyki na jego twarzy. Zdjął czapkę, potargał grzywkę do góry i miałam wielką ochotę sprawdzić, czy jego włosy są tak miękkie, na jakie wyglądają.
-Cześć, jestem Justin. Nie przejmuj się tym dupkiem- powiedział, a ja tylko kiwnęłam głową, nie mogąc się zdobyć na jakiekolwiek słowa, niewyrażające jak bardzo jest boski.
Zadziwiające jest to, że jeszcze przed chwilą się go bałam, a teraz mogę swobodnie o nim fantazjować. Wiedziałam, że tak będzie. A obiecałam sobie, że żaden chłopak nie zawróci mi już w głowie. Ale można sobie wzdychać do aktora, czy piosenkarza, prawda? Bo Justin Bieber to gwiazda pełnego formatu. Ach, dosyć! Siedzę obok niego. „Skup się!”- podpowiedział głos w mojej głowie.
Nawet nie zauważyłam, że Justin się do mnie odezwał gdyby nie to, że mnie lekko szturchnął oczekując odpowiedzi.
W tej samej chwili do klasy wszedł nauczyciel. Wyglądał jak typowy matematyk. Otyły, z okularami na nosie i w sweterku opinającym jego brzuch.
-Witam. Zapiszcie proszę temat lekcji…- nauczyciel zaczął mówić, na co klasa trochę ucichła, a zwyczajny gwar rozmów zastąpiły szepty, albo liściki.
Justin dalej patrzył na mnie, więc zdobyłam się na rozmowę z nim, bez ślinienia się. „Pełny luz”- pomyślałam sobie.
-Mówiłeś coś? Zamyśliłam się, przepraszam- powiedziałam nie patrząc na niego. Zamiast tego rysowałam wzorki na okładce mojego zeszytu.
-Jejku, jaka Ty dobrze wychowana. Zapytałem się tylko dlaczego jesteś taka małomówna, ale chyba boisz się takiego marginesu społecznego jak ja- powiedział sąsiad, a ja od razu wyczułam smutek w jego głosie. Kiedy na niego spojrzałam miał mocno zaciśniętą szczękę, a na ławce wystukiwał rytm palcami. Pomyślałam wtedy, że za tą maską badboya kryje się cos więcej. Ale nie zamierzałam dać mu poznać, że się go boję, bo tak nie było.
-Ja, Kate Collins grzeczna dziewczynka. Nigdy nie zadawałabym  się z kimś takim jak Ty- powiedziałam z udawanym oburzeniem w głosie i teatralnie zakryłam usta ręką, na co chłopak zachichotał. Jego chichot był uroczy. Jak śmiech dziecka.
-Wiedziałem. Uważaj na mnie, mogę wyciągnąć spluwę, albo rozśmieszyć Cię na śmierć. To drugie jest bardziej okrutne, uwierz mi- zaśmiałam się głośno, na co cała klasa razem z nauczycielem spojrzała na nas zdziwiona co mnie tak rozbawiło. Zrobiłam się czerwona jak burak, a Justin przygryzał dolną wargę, próbując uniknąć kary po lekcjach za hałasowanie na zajęciach.
Nauczyciel spojrzał na nas, odwrócił się i znowu notował wzory matematyczne na tablicy. Ja nawet nie otworzyłam zeszytu, chociaż wiedziałam, że matematyka to moja pięta Achillesa.
Nie wiedząc czy powinniśmy dalej rozmawiać czy nie, ponownie masakrowałam okładkę zeszytu moim długopisem. Przypomniałam sobie słowa Jacka, że powinnam trzymać się od Biebera z daleka, na co posmutniałam, a Justin to zauważył. Zdawało mi się, że on cały czas na mnie patrzył. Pewnie sobie tylko wmawiam.
-Co jest, ślicznotko?
-Ślicznotko? Nie jestem ślicznotką, a Tobie nic do tego co się stało- odpowiedziałam niemal warcząc za to, że traktuje mnie jak inne puste lalki, które na takie właśnie słowa rozpłynęły by się przed nim. O nie, nie jestem taka łatwa.
-Chcę  być miły, bo chcę gdzieś wyjść z Tobą po szkole. Lepiej byśmy się poznali i w ogóle- powiedział, na co o mało nie spadłam z krzesła.
-Masz dziewczynę, nie przesadzaj.
Justin spojrzał na mnie tak szybko, że aż się przestraszyłam, że zrobi mi krzywdę.
-Kto Ci powiedział, że Alexa to moja dziewczyna? Nie jest moją dziewczyną. Nie chcę żadnej dziewczyny. Miłość jest przereklamowana.
-W takim razie po co zapraszałeś mnie na randkę!?- zapytałam oburzona jego wypowiedzią.
-Jaką masz pewność, że moja propozycja była na serio? Nie masz żadnej- powiedział Justin tak brutalnie, że poczułam jak pieką mnie oczy od łez. Na szczęście w tej samej chwili zadzwonił dzwonek na przerwę, a wszyscy wybiegli z klasy głośno rozmawiając. Justin gwałtownie pociągnął za sobą plecak, już w klasie wyciągając papierosa i tyle go widziałam. A ja stałam na środku klasy z rozpaczą w oczach.

będzie dobrze

Spojrzałam na swój plan lekcji i stwierdziłam, że nie jest tak źle. Angielski jest pierwszy. O boże, mam dzisiaj wf. Tego bałam się najbardziej. Pewnie cała klasa będzie się śmiał z moich ,,wybitnych zdolności’’. Wychowanie fizyczne w moim wykonaniu to jakaś porażka.
Musiałam udać się na drugie piętro szkoły. Miałam zajęcia z Panem Brownem. Kiedy mijałam grupkę uczniów znowu zauważyłam, że jestem tematem rozmów. ,,Dasz radę’’- pomyślałam sobie i poprawiłam moje włosy w kolorze czekolady.
Kiedy weszłam do klasy, od razu powitał mnie gwar rozmów i widok nauczyciela majstrującego przy komputerze. Brown wyglądał jak typowy nauczyciel angielskiego bez życia. Był niski, za nadwagą i postępującą łysiną. Pewnie jeszcze mieszkał z mamą, jaka beznadzieja.
-Dzień dobry- powiedziałam głośno, na co wszyscy ucichli zaciekawieni moją osobą.
-Witaj, domyślam się, że jesteś nową uczennicą. Przedstaw się wszystkim, proszę.
Stanęłam na środku klasy i już miałam zacząć mówić, kiedy zauważyłam jak Justin oparł brodę o złożone ręce i przygląda mi się uważnie, uśmiechając się od ucha do ucha.  Poczułam,  że na moją twarz wstępuje fala gorąca przez to, co stało się przed szkołą.
Spuściłam z niego wzrok i zaczęłam mówić:
-Jestem Kate i przyjechałam tutaj z Waszyngtonu- uczniowie zaczęli mówić do siebie po cichu i zrobiłam się czerwona jak burak.
-Powiedz, Kate, jaki masz stosunek do języka angielskiego?- zapytał Brown.
-Jest okej, lubię ten przedmiot- odpowiedziałam od niechcenia.
-Doskonale. Macie może jakieś pytania do nowej koleżanki?- zwrócił się do klasy.
-Jesteś wolna?- krzyknął ktoś z tyłu, na co klasa wybuchła śmiechem, a ja zrobiłam się jeszcze bardziej czerwona (o ile to w ogóle możliwe).
Usiadłam w pierwszej lepszej ławce, nawet nie patrząc kto jest obok. Wyciągnęłam zeszyt z torby i zaczęłam nerwowo skubać paznokcie.
Boże, taki wstyd. I do tego Justin jest ze mną w klasie. Nie wiedziałam czy raczej powinnam rozpaczać czy się cieszyć. Postanowiłam, że nie będę zwracać uwagi na szmery wokół mnie.  Za chwilę moja obecność nie będzie nikogo dziwić czy szokować. Muszę tylko poczekać tylko kilka dni zaciskając zęby.
-Cześć, jestem Jack- odezwał się ktoś obok mnie. Głos miał niski i ochrypły. Wszyscy z Los Angeles mają takie seksowne głosy!? Chwilę zajęło mi uświadomienie sobie, że powinnam się przedstawić. Udawałam, że uważnie słucham wykładu Pana Browna i odpowiedziałam do sąsiada zwykłe:
-Cześć.
Chyba zrozumiał, że nie mam ochoty na pogaduchy w trakcie lekcji, bo kiwnął tylko głową  i zaczął gryzmolić coś na okładce zeszytu.
Próbowałam skupić się na twórczości Shakespeare’a, ale cały czas czułam na sobie czyjś świdrujący wzrok. ,,Dość tego’’- pomyślałam i odwróciłam się, by zobaczyć, że tylko jedna osoba nie notuje, ale wpatruje się we mnie zawzięcie. Był to Justin Bieber. Uśmiechnął się do mnie łobuzersko ukazując słodki dołeczek po prawej stronie. Przewróciłam tylko oczami i wróciłam do mojej poprzedniej pozycji, żeby nie zostać wywołaną do odpowiedzi.
Jack spojrzał na mnie w tym samy momencie, kiedy zadzwonił dzwonek sygnalizujący koniec lekcji. Spojrzałam na niego i stwierdziłam, że jest bardzo przystojny. Niebieski oczy zasłonięte były przez czarne nerdy. Blond włosy opadały mu na oczy, przez co cały czas poprawiał grzywkę, a uśmiech dodawał mu tylko urody.
Zauważył jak mu się przyglądam, zaśmiał się cicho i powiedział:
-Przestań, bo się zarumienię- powiedział poruszając brwiami w górę i w dół.
Spiekłam raka, spakowałam się szybko, wyszłam z klasy, a on za mną.
Nie chciałam patrzeć na niego zbyt często, bo by sobie jeszcze pomyślał, że mi się podoba, dlatego zaczęłam rozglądać się za Alice. Nie mogłam jej dostrzec, ale moje oczy same powędrowały w kierunku Justina. Wychodził z kolegami z zapalniczką w dłoni. A  więc pali papierosy?
Jack zauważył na kogo patrzę i powiedział zaciskając nerwowo szczękę:
-Boże, jak ten Bieber mnie denerwuje.
-Dlaczego?- zapytałam zaciekawiona.
-Nie wiem co dziewczyny w nim takiego widzą. Tani frajer i podrywacz. Alexa się go uczepiła, ale za chwilę mu się znudzi i zastąpi ją inną naiwną. Lepiej trzymaj się od niego z daleka.
-Bo co?- spytałam poirytowana. Znam kolesia pół godziny, a on już chce układać mi życie.
-Bo nie chcę, żeby jakaś dziewczyna przez niego cierpiała. Szkoda mi ich wszystkich.
Mijałyśmy dwie dziewczyny, które chichotały i uśmiechały się do Jacka.
-Lepiej, żeby dziewczyny przychodziły do Ciebie zamiast do Justina?- zapytałam sarkastycznie.
-Nie obraziłbym się- odpowiedział uśmiechając się do mnie. Chyba mam szczęście, że z nim rozmawiam.
-Co masz teraz?- zapytałam podchodząc do sali.
-Francuski, a Ty?
-Matematykę- rzekłam wskazując na drzwi.
-W takim razie do zobaczenia.- krzyknął machając mi odchodząc i weszłam do klasy chwilę przed dzwonkiem.
Usiadłam w pustej ławce na końcu sali. Wyjęłam zeszyt oraz podręcznik do matematyki i rozsiadłam się wygodnie, kiedy zadzwonił dzwonek na lekcję.  Szukając długopisu w torbie, nie zauważyłam, że ktoś podszedł gdyby nie to, że chrząknął.

pierwsze spotkanie

Chłopak, na którego patrzyłam wyglądał jak upadły anioł. Samym spojrzeniem mógł doprowadzić do szaleństwa. Jego brązowe tęczówki porażały, a rzęsy były długie i gęste, takie jakich zazdrościłaby mu każda dziewczyna. Usta w kształcie serca były różowe i pełne, a potarganą grzywkę w kolorze ciemnego blondu skrył pod czarną czapką z napisem ,,OBEY’’. Bez wątpienia był bogiem seksu.
Kiedy zauważył jak taksuję go wzrokiem, uśmiechnął się szeroko, przez co zobaczyłam jego idealne zęby, pomógł mi wstać i szepnął do ucha:
-Przestań tak patrzeć. Cała szkoła nas obserwuje, mała.
Dopiero wtedy poczułam na sobie wzrok kilkudziesięciu par oczu. Zarumieniłam się jak burak i już miałam się przedstawić mojemu bohaterowi, kiedy nagle usłyszałam pogardę z ust dziewczyny, która stała obok.
Wcześniej w ogóle jej nie zauważyłam. Pewnie dlatego, że nie zauważyłam nikogo poza moim wybawcą. Była niezaprzeczalnie piękna. Jej kruczoczarne włosy sięgały do pasa, były lśniące i proste- efekt prostownicy do włosów. Miała duże zielone oczy i długie rzęsy podkreślone eye linerem i tuszem. Jej cera była nieskazitelna chociaż pod masą podkładu, a usta wykrzywione w grymasie, pewnie na mój widok. Stała z założonymi rękami i gdyby wzrok mógł zabijać, przewracałabym się właśnie w grobie. Miała na sobie sukienkę do kolan w kolorze mięty, która kontrastowała z kolorem jej włosów, a na stopach miała czarne szpilki.
Ocknęłam się z wpływu jej uroku dopiero za sprawą słów wydobywających się z jej malinowych ust.
-Uważaj jak chodzisz, kaleko- przejechała po  mnie wzrokiem i dodała- Jesteś tu nowa? Widać.
Przestąpiłam z nogi na nogę nie wiedząc co powiedzieć. No bo co? W jednej chwili zachwycam się uroczym chłopakiem, a w drugiej jakaś nawiedzona dziewczyna krzywi się na mój widok. Miałam zacząć na nią krzyczeć czy uciec stamtąd ze łzami w oczach? Nie mogłam pozwolić sobie na jeszcze większy wstyd więc zdecydowałam się na zwykłe:
-Przepraszam, zamyśliłam się.
Dziewczyna wzruszyła chudymi ramionami i rzekła:
-Pierwszaki, zdarza się.
Zignorowałam to, że stwierdziła, że jestem w pierwszej klasie, chociaż jestem w drugiej. Niech sobie myśli co chce, bardziej interesuje mnie mój bohater. Spojrzałam na niego ukradkiem. Wyglądał na rozbawionego całą sytuacją.  Stał uśmiechając się do siebie lekko. Dopiero wtedy zwróciłam uwagę na to, w co był ubrany. Miał nisko opuszczone jeansy, przez co wyglądał jeszcze bardziej seksownie. Fioletowa podkoszulka opinała jego imponujące mięśnie, a na stopach miał czarne supry. On chyba nawet gdyby włożył karton, to i tak wyglądałby niesamowicie.
-Alexa, uspokój się. Po prostu na mnie wpadła, tyle– powiedział ochrypłym głosem i poprawił czapkę.
-Nie obchodzi mnie to. Justin, kochanie, idziemy- odpowiedziała czarna małpa, rzuciła mi ostanie wrogie spojrzenie i poszli do szkoły.
Ta scena trwała zaledwie kilka minut, ale i tak zapamiętam ja do końca życia. Więc ma na imię Justin? Ładnie, podoba mi się to imię. A ta zdzira Alexa jest jego dziewczyną? O nie, on jest dla niej za wspaniały.
Skarciłam się w głowie za takie myśli. Przecież znałam go od kilku minut i wymieniłam z nim dwa zdania. Nie mogę układać mu życia.
Kiedy weszłam do szkoły od razu miałam udać się do sekretariatu  po plan zajęć i mapkę szkoły. Nie wiedziałam nawet w którą stronę mam iść. Stałam na środku korytarza zdezorientowana, a przez mierzących mnie wzrokiem ludzi miałam ochotę się rozpłakać.
,,O nie, nie płacz. A co, jeżeli Justin zobaczy Cię w takim stanie?’’ Boże, znowu o nim myślę, DOSYĆ.
Kiedy tak stałam prowadząc wewnętrzną walkę z samą sobą, podeszła do mnie jakaś dziewczyna.
Była śliczna. Rude loki sięgały jej do połowy pleców. Na twarzy miała kilka piegów, a jej zielone, śmiejące się oczy, sprawiały wrażenie głębi. Uśmiechnęła się do mnie szeroko, ukazując aparat na zębach, który tylko dodawał jej uroku. Była niziutka, około metr sześćdziesiąt. Nie to, żeby moje 170cm wzrostu powalało na kolana.
-Cześć, jestem Alice. Chyba jesteś nowa, prawda? Szukasz czegoś? To duża szkoła, pomóc Ci?- powiedziała to wszystko w 3 sekundy. Miała gadane, wow.
Uśmiechnęłam się nieśmiało i podałam jej dłoń.
-Cześć, jestem Kate. Tak właściwie to szukam sekretariatu.
-Mogę Cię zaprowadzić, jeśli chcesz.
Kiwnęłam tylko głową na znak zgody, a Alice zaczęła mówić.
- Więc wpadłaś na Biebera? Przynajmniej miałaś z nim jakiś kontakt. Wiele dziewczyn zabiłoby za taką okazję, a Ty tylko się patrzyłaś. Ja bym go od razu przytuliła czy coś w tym rodzaju.
-Na kogo?- spytałam zdziwiona.
-No, na Justina. Przed szkołą, pamiętasz? Wszyscy chcieli zobaczyć reakcję Alexy, jest strasznie zazdrosna- powiedziała chichocząc.
-Ach, na niego. To nic specjalnego- powiedziałam to tak, jakbym co krok wpadała w objęcia mega przystojniaka. Kretynka ze mnie.
Zauważyłam, że ludzie patrzą na mnie i szepcą coś sobie pod nosem rozbawieni. Może mam coś na twarzy, dlatego Justin tak się uśmiechał. Jestem przewrażliwiona. Kiedy doszłyśmy do sekretariatu, Alice powiedziała, że na mnie poczeka, ale kiedy wróciłam, jej już nie było. No cóż, chyba muszę iść sama na pierwszą lekcję.

nowa historia


Budząc się powoli z mojego snu, poczułam zapach nie z tej planety. Tak, chyba mama musi osłodzić mi jakoś pierwszy dzień w nowej szkole. Jajka i bekon, mniam. Leniwie wstałam z mojego ciepłego jeszcze i wygodnego łóżka. Powrót do niego był taki kuszący, ale musiałam się przemóc, założyć mojego puchowe fioletowe kapcie w misie i zejść na dół na śniadanie.
Kiedy schodziłam po schodach do kuchni, usłyszałam brzęk tostera i niski baryton mojego taty.
-Patrzcie kto wstał! Chodź, zjedz śniadanie i odwiozę Cię do szkoły, leniu- powiedział mój tata, poprawiając swój czarny krawat.
-Też się cieszę, że Cię widzę, tato- uśmiechnęłam się szyderczo i o mały włos nie przewróciłam się przez moje niezdarne nogi.
Lansować się w nowej szkole z gipsem na nodze, ale super. Usiadłam przy stole i ujrzałam jak mój brat łapczywie pożera śniadanie.
-Matt, jesz jak świnia.
-Wiem, i co z tego?- uśmiechnął się szeroko ukazując rząd śnieżnobiałych zębów.
Mój brat mógłby być idealnym kandydatem na chłopaka. Przystojny, zabawny, wysportowany. Tyle, że dość specyficznie jada posiłki. Ach, Ci 15 latkowie.
-Nie, nic. Pewnie wszystkie laski lecą na plucie jedzeniem podczas randki, prawda?- zapytałam z sarkazmem w głosie.
-Wystarczy, że będą na tej randce. Nic im więcej nie trzeba poza mną- odpowiedział i na nowo zaczął zachowywać się jak Matt Collins przy śniadaniu, ohyda.
Przewróciłam oczami i zaczęłam dokładnie przeżuwać moją jajecznicę.
-Cieszysz się na dzień w nowej szkole, kochanie?- zapytała moja mama popijając sok pomarańczowy.
Do Los Angeles przeprowadziliśmy się, bo tata dostał jakąś ,,super atrakcyjną’’- sarkazm- ofertę pracy w biurowcu. Niby fajnie, nowe miasto, wiecznie ciepło, plaża itp., ale ja lubiłam mój Waszyngton. Będę tęskniła za wszystkimi koleżankami, domem mojego dzieciństwa i miastem, ale ja, jako zwykła 17 latka, nie miałam nic do gadania w tej sprawie.
-Tak, ekstra. Już nie mogę się doczekać, kiedy poznam nowych znajomych i zwiedzę miasto- powiedziałam z nadzieją, że mama to kupi.
Kiedy się przeprowadzaliśmy bardzo jej zależało, żeby nam się podobało. Mama uważała, że to na nas źle wpłynie, nie  chciałam zrobić jej przykrości. Z kim jak z kim, ale z mamą miałam najlepszy kontakt.
-To dobrze, zobaczysz, będzie fajnie.
Resztę śniadania spędziłam na rozmyślaniu o nowej szkole. Jak to będzie, zaakceptują mnie? Nie jestem typem gotki, emo, ani przedstawicielem innych podobnych subkultur. Zwykła to moje drugie imię. Jestem trochę niezdarna, ale niczym innym się nie wyróżniam. Nie mam nawet hobby, jestem beznadziejna. Ciekawe czy poznam nowe koleżanki, a może spotkam miłośc mojego życia? Nie, nie wierzę w takie rzeczy, każdy chłopak ma tylko ładną buzię i nie jest wart mojego zainteresowania. No dobra, sama w to nie wierzyłam. Próbowałam przekonać samą siebie, że tym razem nie zakocham się jak typowa głupia amerykańska nastolatka. Oszczędzę sobie rozczarowania.
W pośpiechu wróciłam do mojej sypialni i spojrzałam z rezygnacją w głąb mojej szafy. W co powinnam się ubrać? Nic eleganckiego, ale też nie mogę się pokazać w stroju bezdomnej. Postawiłam na mój zwyczajny strój. Czarne rurki, szary top i białe conversy. Pociągnęłam maskarą po rzęsach, nałożyłam błyszczyk na moje pełne usta, a długie włosy w kolorze czekolady opadały kaskadami po moich plecach.  Wzięłam jeszcze tylko czarną torbę i ruszyłam do samochodu taty.
-No nareszcie, ile można na Ciebie czekać?-  zapytał mój tata z udawaną wściekłością w głosie.
-Przepraszam, że nie założyłam na siebie worka po ziemniakach. Masz rację, tak byłoby szybciej- odpowiedziałam i zapięłam pasy bezpieczeństwa.
Wyciągnęłam z tylnej kieszeni spodni mojego białego iPhone’a i zaczęłam słuchać muzyki przez słuchawki zupełnie ignorując mojego tatę. Jemu to najwyraźniej nie przeszkadzało, bo zaczął sobie gwizdać wesoło pod nosem. Akurat w słuchawkach wybrzmiewało ,,Closer to the edge’’ 30 seconds to Mars, więc zaczęłam się wydzierać.
-No, no, no, no!- wyłam na cały głos nie patrząc na krzywe miny przechodniów. Pewnie uważali, że ktoś torturuje kota, szkoda, że nie mam talentu muzycznego. Tak bardzo chciałabym przynajmniej grać na jakimś instrumencie. Może zapiszę się na nauki grania na gitarze? Hmm, zobaczymy.
Dzięki Jaredowi Leto zupełnie zapomniałam, że idę do nowej szkoły. Czułam się tak jakby to był zwyczajny dzień w Waszyngtonie. No cóż, trzeba jednak wrócić do rzeczywistości i wysiąść z samochodu.
Kiedy zobaczyłam grupkę dziewczyn przed szkołą, miałam ochotę uciec stamtąd jak najszybciej. Kolorowe sukienki i szpilki w porównaniu z moimi jeansami i trampkami? Tak, wszystko jest okej. Większość osób popatrzyła na mnie tak, jakbym wyszła ze śmietnika. Zignorowałam ich i chciałam sprawić wrażenie pewnej siebie, wyluzowanej dziewczyny, ale przez moje niezdarne nogi wpadłam na kogoś, kto uratował mnie przed zrobieniem fikołka na środku podjazdu i ośmieszenia się przed połową uczniów.
-Uważaj, shawty- powiedział głosem miłym dla uszu jak miód dla podniebienia. Próbowałam wyplątać się z jego uścisku, ale kiedy tylko na niego spojrzałam stanęłam jak wryta.