Budząc się powoli z mojego snu, poczułam zapach nie z tej planety. Tak, chyba mama musi osłodzić mi jakoś pierwszy dzień w nowej szkole. Jajka i bekon, mniam. Leniwie wstałam z mojego ciepłego jeszcze i wygodnego łóżka. Powrót do niego był taki kuszący, ale musiałam się przemóc, założyć mojego puchowe fioletowe kapcie w misie i zejść na dół na śniadanie.
Kiedy schodziłam po schodach do kuchni, usłyszałam brzęk tostera i niski baryton mojego taty.
-Patrzcie kto wstał! Chodź, zjedz śniadanie i odwiozę Cię do szkoły, leniu- powiedział mój tata, poprawiając swój czarny krawat.
-Też się cieszę, że Cię widzę, tato- uśmiechnęłam się szyderczo i o mały włos nie przewróciłam się przez moje niezdarne nogi.
Lansować się w nowej szkole z gipsem na nodze, ale super. Usiadłam przy stole i ujrzałam jak mój brat łapczywie pożera śniadanie.
-Matt, jesz jak świnia.
-Wiem, i co z tego?- uśmiechnął się szeroko ukazując rząd śnieżnobiałych zębów.
Mój brat mógłby być idealnym kandydatem na chłopaka. Przystojny, zabawny, wysportowany. Tyle, że dość specyficznie jada posiłki. Ach, Ci 15 latkowie.
-Nie, nic. Pewnie wszystkie laski lecą na plucie jedzeniem podczas randki, prawda?- zapytałam z sarkazmem w głosie.
-Wystarczy, że będą na tej randce. Nic im więcej nie trzeba poza mną- odpowiedział i na nowo zaczął zachowywać się jak Matt Collins przy śniadaniu, ohyda.
Przewróciłam oczami i zaczęłam dokładnie przeżuwać moją jajecznicę.
-Cieszysz się na dzień w nowej szkole, kochanie?- zapytała moja mama popijając sok pomarańczowy.
Do Los Angeles przeprowadziliśmy się, bo tata dostał jakąś ,,super atrakcyjną’’- sarkazm- ofertę pracy w biurowcu. Niby fajnie, nowe miasto, wiecznie ciepło, plaża itp., ale ja lubiłam mój Waszyngton. Będę tęskniła za wszystkimi koleżankami, domem mojego dzieciństwa i miastem, ale ja, jako zwykła 17 latka, nie miałam nic do gadania w tej sprawie.
-Tak, ekstra. Już nie mogę się doczekać, kiedy poznam nowych znajomych i zwiedzę miasto- powiedziałam z nadzieją, że mama to kupi.
Kiedy się przeprowadzaliśmy bardzo jej zależało, żeby nam się podobało. Mama uważała, że to na nas źle wpłynie, nie chciałam zrobić jej przykrości. Z kim jak z kim, ale z mamą miałam najlepszy kontakt.
-To dobrze, zobaczysz, będzie fajnie.
Resztę śniadania spędziłam na rozmyślaniu o nowej szkole. Jak to będzie, zaakceptują mnie? Nie jestem typem gotki, emo, ani przedstawicielem innych podobnych subkultur. Zwykła to moje drugie imię. Jestem trochę niezdarna, ale niczym innym się nie wyróżniam. Nie mam nawet hobby, jestem beznadziejna. Ciekawe czy poznam nowe koleżanki, a może spotkam miłośc mojego życia? Nie, nie wierzę w takie rzeczy, każdy chłopak ma tylko ładną buzię i nie jest wart mojego zainteresowania. No dobra, sama w to nie wierzyłam. Próbowałam przekonać samą siebie, że tym razem nie zakocham się jak typowa głupia amerykańska nastolatka. Oszczędzę sobie rozczarowania.
W pośpiechu wróciłam do mojej sypialni i spojrzałam z rezygnacją w głąb mojej szafy. W co powinnam się ubrać? Nic eleganckiego, ale też nie mogę się pokazać w stroju bezdomnej. Postawiłam na mój zwyczajny strój. Czarne rurki, szary top i białe conversy. Pociągnęłam maskarą po rzęsach, nałożyłam błyszczyk na moje pełne usta, a długie włosy w kolorze czekolady opadały kaskadami po moich plecach. Wzięłam jeszcze tylko czarną torbę i ruszyłam do samochodu taty.
-No nareszcie, ile można na Ciebie czekać?- zapytał mój tata z udawaną wściekłością w głosie.
-Przepraszam, że nie założyłam na siebie worka po ziemniakach. Masz rację, tak byłoby szybciej- odpowiedziałam i zapięłam pasy bezpieczeństwa.
Wyciągnęłam z tylnej kieszeni spodni mojego białego iPhone’a i zaczęłam słuchać muzyki przez słuchawki zupełnie ignorując mojego tatę. Jemu to najwyraźniej nie przeszkadzało, bo zaczął sobie gwizdać wesoło pod nosem. Akurat w słuchawkach wybrzmiewało ,,Closer to the edge’’ 30 seconds to Mars, więc zaczęłam się wydzierać.
-No, no, no, no!- wyłam na cały głos nie patrząc na krzywe miny przechodniów. Pewnie uważali, że ktoś torturuje kota, szkoda, że nie mam talentu muzycznego. Tak bardzo chciałabym przynajmniej grać na jakimś instrumencie. Może zapiszę się na nauki grania na gitarze? Hmm, zobaczymy.
Dzięki Jaredowi Leto zupełnie zapomniałam, że idę do nowej szkoły. Czułam się tak jakby to był zwyczajny dzień w Waszyngtonie. No cóż, trzeba jednak wrócić do rzeczywistości i wysiąść z samochodu.
Kiedy zobaczyłam grupkę dziewczyn przed szkołą, miałam ochotę uciec stamtąd jak najszybciej. Kolorowe sukienki i szpilki w porównaniu z moimi jeansami i trampkami? Tak, wszystko jest okej. Większość osób popatrzyła na mnie tak, jakbym wyszła ze śmietnika. Zignorowałam ich i chciałam sprawić wrażenie pewnej siebie, wyluzowanej dziewczyny, ale przez moje niezdarne nogi wpadłam na kogoś, kto uratował mnie przed zrobieniem fikołka na środku podjazdu i ośmieszenia się przed połową uczniów.
-Uważaj, shawty- powiedział głosem miłym dla uszu jak miód dla podniebienia. Próbowałam wyplątać się z jego uścisku, ale kiedy tylko na niego spojrzałam stanęłam jak wryta.
Kiedy schodziłam po schodach do kuchni, usłyszałam brzęk tostera i niski baryton mojego taty.
-Patrzcie kto wstał! Chodź, zjedz śniadanie i odwiozę Cię do szkoły, leniu- powiedział mój tata, poprawiając swój czarny krawat.
-Też się cieszę, że Cię widzę, tato- uśmiechnęłam się szyderczo i o mały włos nie przewróciłam się przez moje niezdarne nogi.
Lansować się w nowej szkole z gipsem na nodze, ale super. Usiadłam przy stole i ujrzałam jak mój brat łapczywie pożera śniadanie.
-Matt, jesz jak świnia.
-Wiem, i co z tego?- uśmiechnął się szeroko ukazując rząd śnieżnobiałych zębów.
Mój brat mógłby być idealnym kandydatem na chłopaka. Przystojny, zabawny, wysportowany. Tyle, że dość specyficznie jada posiłki. Ach, Ci 15 latkowie.
-Nie, nic. Pewnie wszystkie laski lecą na plucie jedzeniem podczas randki, prawda?- zapytałam z sarkazmem w głosie.
-Wystarczy, że będą na tej randce. Nic im więcej nie trzeba poza mną- odpowiedział i na nowo zaczął zachowywać się jak Matt Collins przy śniadaniu, ohyda.
Przewróciłam oczami i zaczęłam dokładnie przeżuwać moją jajecznicę.
-Cieszysz się na dzień w nowej szkole, kochanie?- zapytała moja mama popijając sok pomarańczowy.
Do Los Angeles przeprowadziliśmy się, bo tata dostał jakąś ,,super atrakcyjną’’- sarkazm- ofertę pracy w biurowcu. Niby fajnie, nowe miasto, wiecznie ciepło, plaża itp., ale ja lubiłam mój Waszyngton. Będę tęskniła za wszystkimi koleżankami, domem mojego dzieciństwa i miastem, ale ja, jako zwykła 17 latka, nie miałam nic do gadania w tej sprawie.
-Tak, ekstra. Już nie mogę się doczekać, kiedy poznam nowych znajomych i zwiedzę miasto- powiedziałam z nadzieją, że mama to kupi.
Kiedy się przeprowadzaliśmy bardzo jej zależało, żeby nam się podobało. Mama uważała, że to na nas źle wpłynie, nie chciałam zrobić jej przykrości. Z kim jak z kim, ale z mamą miałam najlepszy kontakt.
-To dobrze, zobaczysz, będzie fajnie.
Resztę śniadania spędziłam na rozmyślaniu o nowej szkole. Jak to będzie, zaakceptują mnie? Nie jestem typem gotki, emo, ani przedstawicielem innych podobnych subkultur. Zwykła to moje drugie imię. Jestem trochę niezdarna, ale niczym innym się nie wyróżniam. Nie mam nawet hobby, jestem beznadziejna. Ciekawe czy poznam nowe koleżanki, a może spotkam miłośc mojego życia? Nie, nie wierzę w takie rzeczy, każdy chłopak ma tylko ładną buzię i nie jest wart mojego zainteresowania. No dobra, sama w to nie wierzyłam. Próbowałam przekonać samą siebie, że tym razem nie zakocham się jak typowa głupia amerykańska nastolatka. Oszczędzę sobie rozczarowania.
W pośpiechu wróciłam do mojej sypialni i spojrzałam z rezygnacją w głąb mojej szafy. W co powinnam się ubrać? Nic eleganckiego, ale też nie mogę się pokazać w stroju bezdomnej. Postawiłam na mój zwyczajny strój. Czarne rurki, szary top i białe conversy. Pociągnęłam maskarą po rzęsach, nałożyłam błyszczyk na moje pełne usta, a długie włosy w kolorze czekolady opadały kaskadami po moich plecach. Wzięłam jeszcze tylko czarną torbę i ruszyłam do samochodu taty.
-No nareszcie, ile można na Ciebie czekać?- zapytał mój tata z udawaną wściekłością w głosie.
-Przepraszam, że nie założyłam na siebie worka po ziemniakach. Masz rację, tak byłoby szybciej- odpowiedziałam i zapięłam pasy bezpieczeństwa.
Wyciągnęłam z tylnej kieszeni spodni mojego białego iPhone’a i zaczęłam słuchać muzyki przez słuchawki zupełnie ignorując mojego tatę. Jemu to najwyraźniej nie przeszkadzało, bo zaczął sobie gwizdać wesoło pod nosem. Akurat w słuchawkach wybrzmiewało ,,Closer to the edge’’ 30 seconds to Mars, więc zaczęłam się wydzierać.
-No, no, no, no!- wyłam na cały głos nie patrząc na krzywe miny przechodniów. Pewnie uważali, że ktoś torturuje kota, szkoda, że nie mam talentu muzycznego. Tak bardzo chciałabym przynajmniej grać na jakimś instrumencie. Może zapiszę się na nauki grania na gitarze? Hmm, zobaczymy.
Dzięki Jaredowi Leto zupełnie zapomniałam, że idę do nowej szkoły. Czułam się tak jakby to był zwyczajny dzień w Waszyngtonie. No cóż, trzeba jednak wrócić do rzeczywistości i wysiąść z samochodu.
Kiedy zobaczyłam grupkę dziewczyn przed szkołą, miałam ochotę uciec stamtąd jak najszybciej. Kolorowe sukienki i szpilki w porównaniu z moimi jeansami i trampkami? Tak, wszystko jest okej. Większość osób popatrzyła na mnie tak, jakbym wyszła ze śmietnika. Zignorowałam ich i chciałam sprawić wrażenie pewnej siebie, wyluzowanej dziewczyny, ale przez moje niezdarne nogi wpadłam na kogoś, kto uratował mnie przed zrobieniem fikołka na środku podjazdu i ośmieszenia się przed połową uczniów.
-Uważaj, shawty- powiedział głosem miłym dla uszu jak miód dla podniebienia. Próbowałam wyplątać się z jego uścisku, ale kiedy tylko na niego spojrzałam stanęłam jak wryta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz